Dotyk Henry'ego przywodzi mu na myśl cierpkość materiału szat ofiarnych. Nie jest to przyjemne wspomnienie.
Nie odzywa się i wtedy, gdy smukłe palce pianisty suną dalej, dalej, coraz dalej po pokrytym ciemnymi włoskami udzie. Nie odzywa, ale łapie jego nadgarstek i ściska. Niewystarczająco mocno.
– Henry – sapie wreszcie, czego efektem jest jednoznaczne zakrycie mu ust.
Loki koloru słomy łaskoczą jego policzek, kiedy wsłuchuje się w szept tuż obok lewego ucha. Kiedy rejestruje ciężar gorącego oddechu i podążającą za nim fakturę języka.
– Cicho – zaleca. Rzekomo w dobrej wierze, w kościelnym duchu, tyle że żaden z nich nie jest regularnie praktykujący. – Nie chcesz, żeby usłyszeli, prawda?
Prawda.
Wbrew powszechnemu przekonaniu, nic nie odchodzi po zamknięciu oczu, po ukryciu subtelnego hebanu na rzecz mniej niezręcznego pozycjonowania w przestrzeni. Nic, za to wielość przyszłych konieczności spada na jego barki w jednej chwili, z jednego, pozłacanego kielicha, wprost do gardła. I może się dławić, może wić pod dowolnego pochodzenia obciążeniem, może wzywać nadaremno, może wbijać paznokcie pod znienawidzoną skórę (swoją, swoją, swoim alabastrem, swoimi piegami wobec wystawienia na słońce), może przeklinać niecierpiany afekt (swój, swój, swoją chorą satysfakcję, swoją upośledzoną gniewność), może wydrapywać resztki pociągliwości (swojej, swojej, własnej, niewzajemnej, sponiewieranej upływem), ale nic, nic, zupełnie nic nie niesie ratunku.
Henry, Salazar, wszystko tak samo. Identycznie.
Nie posłuchał Wielkiej Matki, stąd trudno mu pogodzić się z aktualnym żalem.
Skrzypienie łóżka niesie za sobą niesubtelne realiami zgaszenie oświetlającej pomieszczenie świecy.
– Kocham cię, Seth – wymawia niewymowne, poddając się niewymawialnemu.
Słone łzy rzeźbiące kalekie ścieżki na nieskazitelnej twarzy stanowią jedyne świadectwo prawdy.
Wsiąkają.
ale ta karta jest ladna
OdpowiedzUsuń