wtorek, 5 maja 2020



Luca Pellegrini
pizza, lamborghini






12 klasa, 19 lat [rok przerwy], [rzeźbiarstwo, chemia, biologia, hiszpański, nauki polityczne], najmłodszy z trójki rodzeństwa, groupie Bernie'ego Sandersa, prowokator, komunista, wegetarianin z powołania, czyściciel basenów z pasji
he mele no lilo

Prekursor rzeźbienia genitaliów na wybranych rzutem monety zajęciach, łamania zasad dobrego smaku i podsycania konfliktów seksualnymi innuendos pomimo niejawnego, może trochę wstydliwego, braku faktycznego doświadczenia. Nie grzeszy więcej niż przeciętnym intelektem, za to wyróżniając się, rzekomo, ogromnym sercem, bezustannie rozpalonym, pobudzając tendencje do angażowania się w sprawy, które go nie dotyczą, w problemy, których dałoby się łatwo uniknąć i w relacje, których istota opiera się na mało obiektywnie moralnych aspektach. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zdążył wyzbyć się zapotrzebowania na społeczną akceptację, a przy okazji odrzucił także godność, wykraczającą poza wyławianie najgorszych tendencji ludzkości z ociekających rdzennym amerykanizmem wód zamkniętych, tym samym hartując ciało (hamując odruchy wymiotne), duszę (tracąc wiarę we własny gatunek) oraz serce (oddając kolejną obrączkę do recepcji). Anonimowa sprzedaż brudnej bielizny umożliwiła mu zachowanie grosza wobec odgórnej, bo narzuconej boskim tchnieniem, konieczności dokładania się do czynszu. Przyćmiło to konfliktowe predyspozycje, czyniąc go odrobinę mniej palącym po łazienkach, trochę łatwiejszym do zniesienia, rzadziej notowanym w szkolnych zapiskach, aczkolwiek jednocześnie na powrót niczyim, bo jeżeli nie ma go we wszechobecnym hałasie, to na co tak naprawdę mógłby się kiedykolwiek przydać? Świata nie ratują wypadki samochodowe, świata nie ratują dyskusje na temat wyższości języka włoskiego nad każdym innym, świata nie ratuje zdarta skóra, otarcia, rany, zacięcia, zaschnięta na chodniku krew, ilekroć utraci równowagę, świata nie ratuje błoga nieprzytomność, idylliczna ascendencja, bezwiedność istnienia i pulsujące brzmienie, przenikające wszystkie komórki w tłumie spoconych, śmierdzących alkoholem ciał, w imieniu organicyzmu wykrzykujących spójne znaczeniowo słowa, raz po raz obijając się o siebie nawzajem w euforycznym, sensualnym skurczu mięśni. Świata nie ratują niekończące się dyskursy, kapitalistyczne świnie, zgodność systemowa, społeczna, toksyny, globalne ocieplenie, bo są oni i jest też on i dopiero wtedy oni, jednostkowo, indywidualnie, sprzecznie z opychanym przechodniom produktem, jakby niewygoda przydługich kończyn więziła go bezpowrotnie, a ziejąca w piersi dziura zapełniała się pleśniejącym złem, niebuddyjską, hormonalną, degradowalną masą, powoli wsiąkając, rozprzestrzeniając się układami, tym, tamtym i może jeszcze jednym, przybijając do ściany i ściskając gardło, zatracając w niemym krzyku bezustannego ruchu, niemożności spoczynku, niechaotycznej analizy, pełnego wybuchu. Niesione nabojami eksplozje, zagryzane zgrzytającymi zębami, a wszystko pośród podnoszącego ciśnienie bezgłosu, nieistnienia trzepotów, huków, wrzasków, jęków, tchnień, nieistnienia tętna, wzroku, słuchu, głosu, tylko sam dotyk, dotyk i wieczne napieranie, któremu nie da się już przeciwstawić, bo jest za późno, za późno i płomieniami zdążył zająć się cały, niezdatny do uratowania świat. Błądząc wśród bezdennej ciemności, trzymając ból w środku, uporczywy węzeł, pochłaniając analfabetyczne ciepło, topiące skórę gorąco, aż po nasączone kapiącą krwią podeszwy stóp.
Przeszedł wszystkie Dark Soulsy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz