niedziela, 21 kwietnia 2024

Herostrates

WINSTON RUBENS

28 lat, NYU, katedra romanistyki, emerytowany pisarz nihilistycznych romansów, rozwodnik, CHAD II, brat byłego aktora, degrengolada, po godzinach wyniszczający się w gejowskich klubach nimfoman

City haunts been haunting me
Train tracks keep tracking me
Sleazeballs eyeballing me
for too long
Suicide. Ce moyen qui nous soustrait à la persécution des hommes.
L'enfer,
c'est les autres.

METS MOI•
•LA DOSE

Twój kot ma 6 lat, a ty już zwiastujesz jego odejście.

Mówią na to – martwy wzrok. Martwe: oczy, usta, nozdrza. Skostniałe: paliczki, dłonie, nadgarstki, stawy. Pokaleczone: kolana, łokcie, gardło. Serce.

Mówią na ciebie – zmarnowany potencjał. Zmarnowane: myśli, lata, okazje. Minione: dni, miłości, propozycje, kształty. Odtrącone: pocieszenia, pomoce, rozwiązania. Czasy.

Twój brat ma 26 lat, a ty już zwiastujesz jego nadejście.

Nie da się złapać cię na złym uczynku, bo na wszystko odpowiadasz szczerą naiwnością, korzysz się przed słońcem i księżycem, nosząc palące piętno zadośćuczynienia.

Nie pamiętałeś o tym, co mogło być, a czego nie ma, gdy kupowałeś drinka przystojnemu mężczyźnie w beżowym swetrze. Nie dobijałeś się życiem, kiedy całowałeś się z tym drugim, podniecającym ciebie kolczykiem w języku. Nie zagryzałeś własnego istnienia, mając na sobie spojrzenie pozbawione osądu. Nie wahałeś się w działaniu w obliczu prostego bólu przeradzającego się w przyjemność.

Pewnego razu przełączyłeś się niezauważalnie, w trakcie czytania własnej, bezsensownej powieści. Przyłożyłeś opakowanie z lodem do podbitego oka i osiadłeś w żalu, wstręcie. Wymiotowałeś tego rana parokrotnie, ale na samą myśl o minionej nocy zbierało ci się na nowe, jakby jedyne oczyszczenie duszy mogło nadejść dopiero wtedy, gdy wywinąłbyś ciało na drugą stronę.

Teraz siedzisz tam, zbyt trzeźwy, zbyt świadomy. Nie wychylasz się z nikłej strefy komfortu, bo mało pijesz, mało palisz. Nie zagadujesz, bo tanie koszulki już ciebie nie opinają, a tych lepszych spodni nawet nie chciało ci się ubrać. Nie tańczysz w nierealnej egzaltacji, bo ukrywasz się przed kolorowymi światłami, niepochlebnie załamującymi się na twojej wychudzonej twarzy. Nie odpływasz, bo jedyne, co dostrzegasz ponad głowami dobrze bawiących się ludzi, to oślepiający napis „wyjście”.

Pomagasz ojcu na działce, choć w nocy wcale nie spałeś. Matka wypomina ci cienie pod oczami, a wszyscy razem siadacie potem przy obiedzie i połykacie niewypowiedziane sentymenty, tajemnice. Czasem zostajesz dwa dni, by spędzić cały weekend na włóczeniu się po domu. Tylko po to, by nieświadomie zawędrować do nieotwartych od ponad dekady drzwi. Pomięte wspomnienia wyciekają spod framugi, mocząc twoje stopy. Zostawiasz mokre ślady na podłodze, wracając w panice do swojej sypialni.

Podczas każdego testu zakorzeniasz się w abstrakcyjnych, niewiarygodnych założeniach. Nie zauważasz dziewczyny ściągającej z telefonu w drugim rzędzie ławek ani jedynych chłopaków na roku robiących ci zdjęcia. Nie pojmujesz, czym powinieneś zajmować się zamiast rozmarzaniem, rozważaniem, roztrząsaniem. Nie rozluźniasz zaciskanych raz po raz na meblach palców, póki nie minie pełne półtorej godziny. Nie zauważasz nawet, gdy wszyscy opuszczają pomieszczenie, wstrząsany konwulsjami tęsknoty i niespełnionych potrzeb.

Działasz koślawo i chwiejnie. Snujesz się pod sufitami na połamanych nogach, wlekąc za sobą zagarniające brud z ziemi ramiona. Kołysze się twoja ogromna czaszka, maska zarostu okalająca spękane usta. Łapiesz desperackie wdechy, choć jednocześnie dławisz się napuchniętym językiem. Pokutny krzyż kaleczy każdy kręg wydłużonego kręgosłupa, którego ciężar przyćmiewa ci wysiłkiem niefunkcjonujące spojrzenie. Przestrzeń porusza się niczym za czasów CRT, o ile rozkleisz w akcie cudu zmęczone powieki. Plaskasz wystającymi z rozdartych butów stopami przyozdobionymi ogromnymi palcami, podczas gdy paznokcie dłoni skrobią za tobą wyznaczaną ścieżkę. Podskakuje obwisły brzuch, wybijający rytm na wystających, posiniaczonych żebrach. Naga czaszka dodaje ci nikłej prędkości, będąc jedyną pomocą w perspektywie nieustającej drogi do zbawienia.

Nie da się złapać cię na dobrym uczynku, bo na wszystko odpowiadasz szczerą ignorancją, korzysz się przed Ojcem i Synem, nosząc mrożące piętno dekompozycji.


à la fin