Salree x Dom Uciech x Wampir
Zaniki pamięci x Rezydent x 20 lat
Zaniki pamięci x Rezydent x 20 lat
Jest najsmutniejsza godzina na ziemi,
Która na morzu po północy dzwoni,
Kiedy Dyjanna z oczyma zlotemi
Świta mi rankiem i wynika z toni.
W niej smętek - i ci, którzy szerokiemi
Morzami płyną, gdzie je wicher goni,
Półsenni...
Takie uczucia mojemu duchowi
Znane, bo nieraz przed czystości Panną
Stał, kiedy inni zorzami różowi
Świecili gwiazdą na morzu poranną;
Noc, nachylona ku nowemu dniowi,
Fala, wznosząca na wiatr szybę szklanną.
Która na morzu po północy dzwoni,
Kiedy Dyjanna z oczyma zlotemi
Świta mi rankiem i wynika z toni.
W niej smętek - i ci, którzy szerokiemi
Morzami płyną, gdzie je wicher goni,
Półsenni...
Takie uczucia mojemu duchowi
Znane, bo nieraz przed czystości Panną
Stał, kiedy inni zorzami różowi
Świecili gwiazdą na morzu poranną;
Noc, nachylona ku nowemu dniowi,
Fala, wznosząca na wiatr szybę szklanną.




Ta treść została wskazana przez społeczność Bloggera jako potencjalnie nieodpowiednia. Zastanów się, czy chcesz ją oglądać.
Kiedyś chyba tego nie było. Tych krzyków w nocy, westchnień i niesubtelnego śmiechu tuż za ścianą. Nie było niepożądanych spojrzeń, nieświadomych swojej niemożności, bo za sprawą tamtej nocy zasłużyłem na nietykalność. Wszystko jest na nie. I moje ręce, i całe moje ciało, i umysł, i ja cały, spoglądam, ale nie wiem czy to, co czuję, należy do mnie, dotykam, ale nie wiem, czy szorstkość liści pod opuszkami moich palców jest moim wrażeniem, czy czyimś. Pozostaję zagubiony, w tej samotności i w gęstej egzystencji, która ściska mi gardło i odbiera oddech, wyduszając ze mnie raz po raz łzy, krew i pot, tonę we własnej pogardzie. Gdyby nie ona, raczej bym nie protestował, kusi mnie możliwość łatwego zarobku, może także przyjemnego. I jeśli zjawi się kiedyś ktoś, kto okaże się szczodry w swojej zachłanności, nic nie powiem. Uśmiechnę się słabo, gdy zacznie się tłumaczyć, dlaczego podjęła taką, a nie inną decyzję, a na koniec przyciągnie mnie do swoich piersi, a ja znowu usłyszę bicie jej serca, które zagłuszy "Jestem twoją ciocią, Marcusie. I robię to dla naszego wspólnego dobra".
Kiedyś chyba tego nie było. Tych krzyków w nocy, westchnień i niesubtelnego śmiechu tuż za ścianą. Nie było niepożądanych spojrzeń, nieświadomych swojej niemożności, bo za sprawą tamtej nocy zasłużyłem na nietykalność. Wszystko jest na nie. I moje ręce, i całe moje ciało, i umysł, i ja cały, spoglądam, ale nie wiem czy to, co czuję, należy do mnie, dotykam, ale nie wiem, czy szorstkość liści pod opuszkami moich palców jest moim wrażeniem, czy czyimś. Pozostaję zagubiony, w tej samotności i w gęstej egzystencji, która ściska mi gardło i odbiera oddech, wyduszając ze mnie raz po raz łzy, krew i pot, tonę we własnej pogardzie. Gdyby nie ona, raczej bym nie protestował, kusi mnie możliwość łatwego zarobku, może także przyjemnego. I jeśli zjawi się kiedyś ktoś, kto okaże się szczodry w swojej zachłanności, nic nie powiem. Uśmiechnę się słabo, gdy zacznie się tłumaczyć, dlaczego podjęła taką, a nie inną decyzję, a na koniec przyciągnie mnie do swoich piersi, a ja znowu usłyszę bicie jej serca, które zagłuszy "Jestem twoją ciocią, Marcusie. I robię to dla naszego wspólnego dobra".
Dużo o tym myślę, bo mam czas. O dłoniach. Najpierw o dłoniach. Wsuwają się pod materiał koszuli, powoli rozpinają guziki i obnażają mnie, a ja myślę, że na tym poprzestaniemy, bo nagle chcę się wycofać. Ale te dłonie, dłonie przyjemne, by nie nacechować ich negatywnie, ale także zmusić siebie do neutralności przez nazbyt rozmytą pamięć, te same dłonie, które kiedyś wydawały się tak nierzeczywiste, zaciskają palce na udach. Stanowczo, lecz z dozą czułości rozchylają je, błądzą w okolicach podbrzusza, nim zabierają się za pasek, który niebawem dołącza do koszuli, na ziemi, na łóżku, na trawie, na tysiącach malunków rozłożonych na podłodze. Gdziekolwiek. Te same dłonie muskają później twarz, odgarniają lepiące się do twarzy kosmyki włosów i łączą się z innymi dłońmi, dłońmi malarza. Nie trzymały w smukłych palcach niczego prócz pędzla czy ołówka, delikatne, ze śladami po niefortunnym oparzeniu.
Potem są usta, usta na moich, moje usta na cudzych. Ciepły język rozchyla mi wargi, a chwilę potem naciska na podniebienie i nie mogę oddychać. I ponosi mnie ten bezdech dalej, usta tuż przy uchu, szepczące słowa w nieznanym mi języku, usta za uchem, na szyi, obojczyk, cały tors, a finalnie i pachwiny, nim przewijam obraz, nie chcąc plugawić ich czymś tak haniebnym. Usta na udach, kolanach, łydkach, usta na palcach stóp i wtedy znowu na tych dłoniach, zanim powracają do moich ust. Smakują miodem, słonecznym porankiem i tulipanami. Tulipanami? Nie wiem. Przytłaczające.
Jest gorąco, ciepło i lodowato. Tu i tam, bo w głowie mam już sam mętlik, a w następnej sekundzie pustkę i nie mam pojęcia czym ją wypełnić. Czuję wszędzie, nawet w miejscach, które pozostały nietknięte. Zalewa mnie czerwień oraz bezdenna czerń, we mnie hałas, w nas cisza, nie mogę przebaczyć samemu sobie, że tak bardzo zawiodłem. Coś się układa, a coś się psuje, nie pozwala mi to na ujrzenie całokształtu, nim przyćmiewa mnie nagłe wybicie z rytmu, głos przy moich ustach staje się chrapliwy, jakby niespokojny. Nadal jestem czy przestałem istnieć? Zatonąć w prawdziwości czy doznaniach?
Nigdy nie wybieram prawdy. Zawsze ulegam, przenoszę się do pomieszczenia zarezerwowanego dla cielesności i zaprzestaję dalszych poszukiwań na tydzień, dwa, miesiące. Prawie dostaję od losu imię, przynajmniej raz mam je na wyciągnięcie ręki, ale wyrzuca mnie brutalnie na brzeg, a ja w obawie przed zadławieniem odzyskuję odpowiednią przytomność. Czuję palące ślady po niedawnej obecności, są wszędzie, ale nie odczuwam potrzeby oczyszczenia się z tego, bo to nie jest brud. Nie w taki sposób. Nie jak dotychczas.
Budzę się, ale już nie podnoszę pomimo chwilowego szoku. To nic nowego, nic wartego większej uwagi, więc wstaję dopiero parę godzin później, by zmyć z siebie nieznany dotyk, tak mi bliski, choć nierozpoznawalny, a spoconą pościel i ubrania wrzucić do kosza na pranie. Gubię się w sobie po raz kolejny, choć nie powinienem nazywać siebie pustym, skoro dotarłem już tak daleko. Głęboko wierzę, że mógłbym przywrócić dawne życie, wierzę, że w ogóle ono istniało, gdybym tylko zobaczył na ulicy te usta i te dłonie. Gdybym tylko poczuł to znajome ciepło, jeszcze raz zatonął w nadmiarze tajemnicy.
Jeszcze jeden, ostatni raz.
Lorem ipsum dolor sit amet leo. Donec porttitor varius nec, mattis sem. Pellentesque varius laoreet. Vestibulum ullamcorper quam. Curabitur volutpat massa volutpat facilisis, ante ipsum ut malesuada vitae, lectus. Nullam sit amet mauris ac pede. In vitae ante. Vestibulum commodo ligula libero, fermentum quis, interdum consectetuer egestas, nulla eu venenatis quis, feugiat felis. Mauris pretium tincidunt. Aliquam nonummy, leo eros, sit amet, vulputate vel, nisl. Proin ultrices posuere cubilia Curae, In venenatis in, odio. Nunc elementum. Mauris metus. Proin erat eget luctus et erat volutpat. Ut facilisis. Nulla ipsum dolor lorem, tempus enim enim urna, pellentesque ut, pulvinar mollis. Suspendisse eu elementum odio a felis. Morbi tincidunt. Sed ac dignissim tempor, sapien magna auctor nibh, sed ipsum ullamcorper fringilla, justo euismod orci diam, varius lectus. Vestibulum tempus. Pellentesque ut tortor ante ipsum dolor rhoncus pede ultrices et, tristique bibendum wisi dui porta sit amet ante. Suspendisse congue arcu nec scelerisque mauris turpis, et ultrices posuere vitae, tortor. Morbi bibendum. Nulla interdum viverra. Ut sit amet, consectetuer adipiscing mauris. Nam consectetuer adipiscing elit. Curabitur placerat, molestie lorem lorem pretium nec, lacinia.
x
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz