sobota, 23 stycznia 2021
środa, 20 stycznia 2021
be my lover
Bawię się przednio w rytm starych house’owych hitów, tańcząc energicznie na parkiecie salonu typa, który kilka godzin wcześniej poniósł sromotną porażkę. Czuję każdy dźwięk drgający w moim ciele, doskonale wiem, co robić, gdyż odnajduję się z najdrobniejszym uderzeniem. Z pełną świadomością kieruję się przez kolejne warstwy muzyki, rozbierając ją w pewnym momencie i przeskakując do następnego rytmu; całkiem swobodnie przechodzę z pierwszej części zabawy na imprezie do partii charakterystycznego rodzaju energii zmieniającej wybijanie kroków. Wszystko przepływa przeze mnie, dzięki pracy mięśni znów odnajduję to specyficzne uczucie. Znajoma ekscytacja wydaje się być jednym odczuciem w tym momencie, a jednak jest to element, czynnik potęgujący masę innych emocji będących jak gdyby materiałem do kształtowania całej sekwencji improwizowanych ruchów. Każde spięcie wtóruje piosence, towarzyszy jej niczym wierny pies, ciało drga nieustannie od nadmiaru bodźców. Mimowolnie skupiam uwagę na Toddzie, dopóki nie łapię się na tym i nie odwracam wzroku. Jego również pochłania sfera tańca w najczystszej postaci, porusza się wśród ulubionych miarowych nut z gładkością i taką naturalnością, jakby to była oczywistość. Zauważając jego zachowanie zapraszające do współpracy, włączam się do naszego duetu. Przez moment bawimy się energią, nadajemy całemu wyjściu jakiś wyższy sens i znaczenie. Nieco niespodziewanie rzuca mi dłuższe, zuchwałe spojrzenie i swoimi ruchami sprawia, że wszystkie odczucia znów się potęgują. Po chwili jednak wszystko cichnie, szum, który mi dotąd towarzyszył, zaczyna znikać, tak samo z mieszaniny emocji krystalizuje się najczystsza satysfakcja odczuwalna w każdej komórce mojego ciała. Nic innego mnie nie frasuje, nad niczym się nie zastanawiam, oddycham ciężko, przyjmując do wiadomości tak dobrze znany szok, a kiedy szum całkowicie znika, podnoszę wzrok na Todda, który mruga do mnie, krótko dziękując bez słów i ucieka z pola widzenia.
Bawię się przednio, niecierpliwie zajmując się dłońmi i odtwarzając ostatnie z ułożonych choreografii. Zajmuję się tym w pozornym skupieniu, bowiem próbuję uspokoić choć trochę serce, którego niespokojne bicie słyszę wyraźnie wśród okrojonych muzycznych rytmów dochodzących do obszernego pomieszczenia. Czuję dozę niepewności, dawkę wystarczającą, by zestresować mnie do tego stopnia, że wbijałbym sobie chętnie paznokcie we wnętrze ręki, gdyby nie dynamiczniejsze nerwowe poruszenie nadgarstkami imitujące przekładanie pudełka. Gładko przeprowadzam jedną z dłoni przed drugą i całą konstrukcję łączę, kierując odpowiednio nadgarstek, który jednak zaczyna drgać w sposób niekontrolowany. Panuję nad sytuacją, kto by zaprzeczył.
Oprócz mnie w kuchni stoi aktualnie rozcieńczający wódkę z colą nowy tancerz, jest odwrócony i chyba nie zdaje sobie sprawy z mojej obecności. Opalona skóra i jeszcze ciemniejsze włosy przyjemnie kontrastują z żółtym long-sleevem. Patrzę na tę dobrze znaną sylwetkę ukrywającą się pod oversizowym ubraniem, wzrok skupiam na pochylonych plecach z ciemniejszą plamą nad krzyżem, pozostałością po mającym miejsce chwilę wcześniej wyjściu, ale zajęcie to nie pozwala odgonić towarzyszącego mi niepokoju. Nie spodziewam się, że Todd mógłby się obejrzeć przez ramię, toteż gdy to robi, drgam niespokojnie i po zawahaniu krótszym niż sekunda ruszam w stronę blatu i chwytam pierwsze, co wpadnie mi w rękę. Butelką potrącam jednak dwie inne, niezamknięte przez jakiegoś gnoja, łapię tylko jedną. Słyszę odgłos przewracającego się szkła, alkohol wylewa się, gwałtownie rozpryskując się na wszystkie strony, w tym także na część mojej bluzy. Rzucam krótkie przekleństwo, cofając się instynktownie i z niezadowoleniem patrząc na mokry rękaw i materiał na brzuchu.
— Zostaw to, kuźwa, bo zostanie plama — interweniuje Todd, zręcznie omijając kałużę i podnosząc butelkę z brzegu szafki.
Krzywi się, patrząc na powstały bałagan, po czym każe mi zdjąć mokre ubranie i iść się przebrać, wskazując, z którego pokoju mogę wziąć coś suchego, nawet nie mam czasu zaprotestować i posłusznie podaję mu szarą bluzę. Każe mi pozbyć się również koszulki, patrząc się z wyczekiwaniem, pewnością, ale też cieniem krnąbrnego uśmiechu, co nie przeszkadza mi wcale, więc bez oporów spełniam życzenie. Wychodząc z pomieszczenia z lekkim zadowoleniem, widzę kątem oka, jak wodzi za mną wzrokiem aż do przekroczenia framugi i zniknięcia za rogiem. Chwilę krążę po holu, ale udaje mi się odnaleźć właściwe pomieszczenie. Wchodzę do środka i biorę z szafki leżącą z wierzchu koszulkę z fancy rysunkiem. Okazuje się przyduża, ale pachnie proszkiem do prania i trochę tak jak Todd, kiedy przychodzi do Bridleton Bay i w biegu zmienia ubranie na treningowe. Przypominam sobie o nim i chcąc go znów znaleźć, kieruję się na piętro, gdzie wciąż dociera muzyka, tym razem stricte hiphopowa. Jest to piosenka, która towarzyszyła bitwie Todda i jednego z tancerzy będących w składzie zdecydowanie dłużej tego samego wieczoru. Tom wpasował się mistrzowsko w rytm, gdyż jako weteran epoki old schoolu wielokrotnie pracował na hicie z tego czasu, a drugi czujący się w bardziej współczesnym stylu nie potrafił znaleźć tego elementu, niezbędnego spoiwa łączącego z nutami. Addams odniósł sromotną porażkę, ale po zejściu z parkietu wszystkie spory zostały zażegnane i całe wydarzenie przeniosło się do niego na domówkę. Większość bawiła się na dole, póki co zapewne powielając zajęcie sprzed kilku godzin i ruszając się energicznie w rytm muzyki, by znacznie później porzucić to zajęcie. Wszystkie emocje i odczucia miały utracić swe znaczenie, by każdy z nas był sobą w postaci najczystszej, okrojonej ze skrzętnie wznoszonych barier, najbardziej swobodnie jak się da.
Zauważam wychodzącego z łazienki z mokrą bluzą w dłoniach Todda, więc idę za nim na balkon i patrzę, jak rozwiesza moje ubranie na barierce. Opieram się tuż obok, zwieszając głowę między ramiona i wsłuchując w spokój nastałej już nocy, co ma w jakiś sposób na mnie wpłynąć (nie wpływa), a chwilę później czuję łokieć stykający się z moim łokciem. Podnoszę się i zwracam do chłopaka, który lustruje moją twarz bez cienia speszenia. W zielonych oczach migają mu radośnie ogniki, a kącik ust jest uniesiony z powodu wypitego alkoholu. Ciemne włosy po niedawnym przeczesaniu ich ręką pozostają w nieładzie, kilka kosmyków opada na brwi i zakrywa nieznacznie czoło. Tłamszę chęć wyciągnięcia dłoni i poprawienia ich nie tylko dlatego, że jeszcze bardziej podoba mi się taki widok, ale też z powodu może irracjonalnego strachu przemykającego przez moje myśli. Przenoszę uwagę na delikatnie zaczerwienioną buzię chłopaka, aż w końcu skupiam się na jego ustach, przez które aktualnie oddycha i które ma z tego powodu rozchylone. Po chwili wybucha on głośnym śmiechem, odwracając w stronę ciemności przed nami. Szybko nudzi mu się zajęcie i zaczyna coraz bardziej wychylać się ponad barierką. W pewnym momencie odrywa się od posadzki nieznacznie, ale wystarczająco, by skłonić mnie do złapania za ramię i przytrzymania.
— Uważaj — mówię, nie puszczając go.
Odwraca się do mnie przez ramię, przechyla głowę z lekko kpiącym uśmiechem, ale ponownie kładzie przedramiona na metalowej rurce. Kiedy robię to samo, rzuca mi krótkie spojrzenie i podnosi głowę w stronę nieba.
— Jak byłem dzieciakiem — odzywa się zachrypniętym głosem. O kurwa. — Całe dzieciństwo w kółko powtarzałem, że chcę polecieć w kosmos, marzyłem o tym, wiesz. Mówiłem o moim pomocniku owczarku Laice, to był mój…
Todd zacina się i marszczy brwi, próbując przypomnieć sobie odpowiednie słowo.
— Pies, kurwa. Laika była psem. Serio, chciałem latać z nią statkiem. Mieszkałem z matką obok jakiegoś typa myśliwego, no i raz zapytał, czy może ją przeszkolić i wziąć na polowanie. Przychodził czasem do nas, więc głupia się zgodziła, a Laika już nie wróciła. Nigdy się nie znalazła. A tego zjeba niedługo później potrącił samochód, a po jego śmierci powiedzieli mi, że trafił do nieba. Od zniknięcia psa znienawidziłem wszystko, co się z tym — niedbale wskazał ręką przed siebie — wiązało. Wyniosłem się nawet do ojca.
Wyznanie to sprawia, że zamykam się na dobre, bo najzwyczajniej w świecie nie wiem, co powiedzieć. Po chwili w bezruchu Todd zwraca się w moją stronę. Na jego twarzy prócz lekkiego zmęczenia widać smutek i coś na kształt żalu, a może to frustracja. Brązowe włosy wciąż opadają mu niedbale aż na oczy, ale najwidoczniej nie ma zamiaru tego zmieniać. Wyciągam rękę i poprawiam jeden z gęstszych kosmyków, przekładając go na bok. Wtedy też zauważam, że Todd chyba zamierza się rozpłakać i zastygam na moment, skonsternowany. Wciąż ma on zaczerwienioną od alkoholu twarz o łagodnych, przyjemnych rysach, żywy kolor przyjmuje się również na czubku nosa. Oddycha głęboko przez rozchylone usta, a kiedy unosi lekko podbródek, niecelowo zaczyna dmuchać mi w szyję. Raz, drugi, trzeci. Kurwa mać. Nie potrafię się dłużej hamować, toteż pochylam się nagle i łączę nasze usta w pocałunku. Zawieszoną dotąd rękę kładę na jego policzku. Odwzajemnia gest dosyć prędko i przesuwa palce na włosy. Całujemy się mocno, bez żadnych kompromisów czy ustępstw. Todd gryzie mnie, ale nie pozostaję mu dłużny, w duchu czując to samo, co podczas duetu, tylko tym razem zdecydowanie zwielokrotnione. Szumi mi w głowie wystarczająco, by pochłonąć się bez reszty i odrzucić analizę wszelkich emocji, liczy się tylko urzeczywistnienie dawnego już życzenia. W pewnym momencie jednak nie czuję więcej warg chłopaka, bo odpycha mnie on mocno i rzuca spojrzenie pełne złości, takie, jakim obdarza się natrętnych ulotkarzy, będąc spóźnionym na autobus po oblaniu kolejnego egzaminu. Mam wrażenie, że dotąd bijące najgłośniej na świecie serce zatrzymuje się i całkowicie odmawia dalszej współpracy.
— Nie jestem pedałem, dobra? — mówi z wyrzutem, opluwając się, a ja nie tylko utwierdzam się w przekonaniu, że jeden z ważniejszych organów nie działa, ale również czuję, jak skręca się on boleśnie.
Todd oddala się szybkim krokiem i potyka o próg drzwi balkonowych, więc rzuca przekleństwo i tyle mi z jego obecności. Zostaję sam, stojąc obok barierki z powieszoną na niej bluzą i teraz to ja mam ochotę się przez nią przechylić. Nie poruszam się jednak, wciąż tkwiąc w tej samej pozycji. Moje ciało zaczyna drżeć, najbardziej trzęsą się dłonie, jednak nie zamierzam nawet schować ich do kieszeni. Bo tak właściwie po co.
Todd oddala się szybkim krokiem i potyka o próg drzwi balkonowych, więc rzuca przekleństwo i tyle mi z jego obecności. Zostaję sam, stojąc obok barierki z powieszoną na niej bluzą i teraz to ja mam ochotę się przez nią przechylić. Nie poruszam się jednak, wciąż tkwiąc w tej samej pozycji. Moje ciało zaczyna drżeć, najbardziej trzęsą się dłonie, jednak nie zamierzam nawet schować ich do kieszeni. Bo tak właściwie po co.
— Na rogu ulicy jest pizzeria — mruczy jeszcze, niezbyt wyraźnie, przewracając się na drugi bok.
Rzucam pozostałym osobom w pokoju, że idę kupić jedzenie i znikam za ścianą, by ubrać trampki. Słyszę jednak odgłos ożywienia i w przedpokoju szybko pojawia się postać Todda.
— Miałem zamiar się przejść, mogę iść z tobą — mówi, nie oczekując pozwolenia.
Chwyta w pośpiechu nieswoje buty i znów się krzywi, patrząc na mnie. Zdejmuje z wieszaka czarną bluzę i podaje mi ją niedbale, schylając się do sznurówek, które przez chwilę usiłuje zawiązać, ale prędko zauważam irytację na jego buzi. Ubieram kaptur i nie mam nic więcej do zrobienia, więc kucam obok. Wyjmuję mu je z dłoni i poprawiam, żeby po drodze mimo wszystko nie wybił sobie zębów. Po skończeniu odruchowo podnoszę wzrok i zauważam, że wpatruje się we mnie, skupiając się na ustach. Jego twarz znajduje się niepokojąco blisko mojej. Wciąż jest zarumieniona, w oczach widzę oczekiwanie mimo rozkojarzenia, włosy ma odgarnięte. Znów nie oddycha przez nos, więc dmucha na mnie. W tym momencie jednak słyszę burczenie w brzuchu, toteż wstaję, wyciągając rękę i pomagam się podnieść z podłogi. Na tyle stać mnie w obliczu naprawdę silnego głodu.
Po wyjściu na zewnątrz uderza we mnie rześkość nocy, dlatego nieco ożywiony kieruję się wzdłuż oświetlonej ulicy. Idę jej środkiem, a Todd porusza się kilka kroków przede mną, zwracając uwagę na rosnące obok rośliny. Wciąż ma to samo ubranie, co wcześniej, porusza się wolniej, ale prostym chodem, garbi się. Nie rejestruję momentu, w którym stopniowo zwalnia i wpadam na niego. Zderzenie z jego plecami jest gwałtowne, wypiera mi powietrze z płuc i dezorientuje. Udaje mi się jednak zauważyć po drugiej stronie ulicy całodobową pizzerię, do której pierwszy wchodzi Todd. Podążam szybko jego śladem.
Po przekroczeniu framugi zauważam, że zastyga skonsternowany. Widzę zaskoczenie na jego twarzy, która zdaje się pogrążona w gorączkowym myśleniu. Trwa to jednak tylko moment, serio, zaraz po chwili bezruchu obejmuje mnie ręką w pasie i przyciąga do swojego boku. Patrzę niezrozumiale na niego, nieświadomie marszcząc brwi, ale wciąż nie odwraca się w moją stronę. Wzrok wbity ma w punkt przed sobą, dokładnie w zmywającą stolik kelnerkę. Nawet kiedy siadamy, wytrwale obserwuje ją z pewnym napięciem i mocniej zaciska dłoń na moim ramieniu. Niecierpliwie podryguję nogą, chcąc złożyć już zamówienie i w końcu coś zjeść, a niecodzienne zachowanie Todda podsuwa mi, iż zamierza wciągnąć dziewczynę w dłuższą rozmowę. Utwierdzam się w tym, kiedy podchodzi do nas z dwiema kartami z wyrazem lekkiego zdziwienia na twarzy.
— Dużą pepperoni proszę — mówię, w duchu modląc się, by Addams zamknął się, jeszcze zanim się odezwie.
— Wybacz, wracamy z imprezy i zgłodniał — rzuca swobodnie, niwecząc skuteczność odmawianej litanii. Nie, żeby kiedykolwiek miała zadziałać. — Poznaj Ignacego, mojego chłopaka, a ty, proszę, Kenneth, byłą dziewczynę.
Momentalnie zdaję sobie sprawę z zamiaru tancerza. Moją jedyną reakcją jest szybkie mruganie z debilnym uśmiechem na twarzy. Nie przemawia do mnie jego kłamstwo, więc próbuję opanować pojawiającą się złość, złość na tego, równie co ja, zarozumiałego typa i jego próby zatrzymania kelnerki, jak i nią samą, bo wciąż stoi w tym samym miejscu, gdzie kilka minut wcześniej.
— Od dawna tu pracujesz? Myślałem, że chcesz iść na studia. Ja zrobiłem rok przerwy i skupiłem się na tańcu, ale mam już zapewnione miejsce na kierunku. Przy okazji poznałem Ignacego, tak, to było jak wygranie na loterii. A tobie jak się powodzi po naszym rozstaniu? — Mówi złośliwie.
Wciąż wpatruję się tępo przed siebie, służąc za ozdobę, potwierdzenie słów Todda. Nie podoba mi się to, zwłaszcza że, jestem pewien, burczenie w moim brzuchu słyszy nawet Kenneth. Postanawiam podłapać zamiar chłopaka z tą różnicą, że to nie ją będę wyprowadzać z równowagi.
— Muszę się utrzymać w akademiku, pracuję od początku roku — odpowiada dziewczyna, chowając do kieszeni notes.
W międzyczasie odwracam lekko głowę w bok i zaczynam z premedytacją dmuchać Addamsowi w szyję. Marszczy brwi podirytowany, ale moment później odzyskuje poprzednią werwę.
— No tak, ja mam dom i wsparcie finansowe, mi nie grozi takie zajęcie — zauważa z zadowoleniem.
Kładę dłoń na jego udzie i powoli przesuwam w górę, chcąc rozproszyć go tak, by całkiem stracił wątek i się uciszył. Przesuwa nieznacznie nogę, ale wciąż z udawanym zainteresowaniem wpatruje się w Kenneth. Todd, jestem, kuźwa, głodny.
— Planuję ze swoim narzeczonym wyjechać niedługo, także jakoś sobie poradzę. — kelnerka ucina zręcznie dyskusję, zbierając ze stolika obie karty.
Patrząc na twarz Addamsa, wiem, że, kurwa, nie ma najmniejszego zamiaru nie odpowiedzieć na jej słowa. Zdaje sobie sprawę z jej przewagi w całej licytacji, ale nim otwiera usta, przesuwam dłoń na wewnętrzną część jego uda i nadgarstkiem ocieram niechcący o jego krocze. Rozprasza go to i zbija z tropu wystarczająco, by Kenneth odwróciła się i wróciła za kontuar. Nie mam zamiaru czekać, aż wyładuje na mnie swoją zmieszaną z frustracją złość, a, jak widzę, czeka tylko, aż kelnerka zniknie za drzwiami prowadzącymi do kuchni. Zaciska pobielałe usta, zupełnie jak pięści, a brew drga mu niespokojnie. Nie czekając na jego wyrzuty, podnoszę się, by skierować się do łazienki w rogu.
— Zaraz wrócę, czekaj tu. — Rzucam pospiesznie.
Szybkim krokiem wchodzę do pomieszczenia i zbliżam do najbliższej umywalki. Nachylam się nad nią, chcąc opłukać twarz i otrzeźwić się do końca. Doskonale zdaję sobie sprawę ze zdenerwowania Todda, więc niespecjalnie biorę opcję powrotu pod uwagę. Chwilę stoję swobodnie oparty o blat, oddychając głęboko i chcąc odgonić resztki rozluźniającego narkotyku. Czuję już wracający, nieodzowny na co dzień stres i poczucie irracjonalnego niepokoju, jednak odczucia te wciąż jeszcze są tłumione przez spaloną marihuanę. Po dłuższym momencie prostuję się i patrzę prosto w lustro, gdzie widzę pobladłą nieco twarz. Mam rozczochrane włosy, a brzeg bluzy Todda zaczepiony jest o pasek brązowych spodni. Poprawiam się, choć niewiele to daje i jeszcze chwilę spędzam w ciepłym pomieszczeniu, nie chcąc wracać do rozdrażnionego chłopaka.
Uchylam w końcu drzwi i przechodzę do obszernej, zbyt jasnej jak na środek nocy sali. Nim jakkolwiek się poruszam, zauważam Addamsa, który idzie pewnie w moją stronę z łobuzerskim uśmiechem na ustach. Cholernie podoba mi się ten widok. Co jest, kurwa?
Przypominam sobie o możliwości reakcji, gdy czuję jego rękę zaciskającą się na rękawie bluzy i wciągającą mnie zdecydowanie z powrotem do łazienki. Todd popycha mnie mocno na przeciwległą ścianę, aż uderzam z głuchym dźwiękiem o kafelki i przysuwa się na bardzo bliską odległość.
— Co rob-
Nie kończę pytania. Widzę w jego twarzy jakieś niepokojące zdecydowanie pomieszane z irytacją i determinacją. Przez głowę przebiega mi myśl, czy na pewno warto było go drażnić.
— Nie zadawaj pytań. — Warczy i dodaje stanowczo. — I bądź grzeczny.
Czuję, że wbrew swojej woli czerwienię się lekko i speszony spuszczam wzrok. Kurwa, kurwa, kurwa. Naprawdę, nie miałem zamiaru zareagować w ten sposób. Przez moment nie patrzę mu w oczy. Skupiam się naprawdę mocno, by znów wziąć głębszy oddech, ale wciąż obserwuję tylko jego obojczyk.
— Co przez to rozumiesz? — Odzywam się w końcu, nie na długo opanowując własny głos, bowiem znów górę przejmuje złość. — Mamy się obłapiać, całować, a może zrobisz mi malinkę, żeby zaprezentować ją Kenneth? Tyle wystarczy w tych twoich durnych przegadywaniach?
Odzyskawszy władzę w ciele, odpycham siłą Todda, aż uderza mocno w drzwi kabiny. Na jego twarzy maluje się widok sporego zdziwienia, nie ma czasu zareagować i przytrzymać mnie, zanim wyjdę z łazienki.
Zatrzymuję się dopiero przy ladzie, za którą Kenneth wyciera szklankę. Zły na Addamsa, niewiele myśląc, chcę zemścić się i wywołać w nim jak największy niepokój, obawę przed wydaniem jego kłamstw. Czuję narastające rozczarowanie całą jego osobą, ale nie zamierzam zignorować tego, w jaki sposób mnie potraktował. Nie będzie bezkarnie bawił się mną, dopasowując wszystko wedle własnego życzenia, zdecydowanie, kurwa, nie. Zaciskam gniewnie dłonie, spodziewając się jego rychłego przyjścia i siadam na stołku, wbijając w kelnerkę dumny wzrok. Rzuca mi krótkie spojrzenie, nie przerywając czynności. Nie zmienia nawet tempa polerowania, zupełnie jakby moja obecność nie przeszkadzała jej ani trochę. Zauważam, że nie ma na palcach ani jednego pierścionka.
— Myślę, że patrząc na ciebie, niejeden by się napił wody. — mówię z lekkim uśmiechem.
Słysząc to, dziewczyna zastyga i podnosi wzrok. Najwyraźniej aprobuje moje słowa, rozpogadzając się momentalnie. Wyłapuję w jej spojrzeniu uwagę, jednak dalszą obserwację uniemożliwia mi trzask drzwi od łazienki. Odwracam się w stronę dźwięku, gdzie pojawia się zdenerwowany i poczerwieniały Todd. Po krótkim zawahaniu się podchodzi do mnie, ze złością szarpiąc już nie za rękaw, a ramię, i ciągnie z sobą w stronę wyjścia. Gdy tylko uderza w nas chłodne powietrze nocy, chłopak zdecydowanie silniej popycha mnie przed siebie, aż prawie tracę równowagę.
— Co ty odkurwiasz? — Pyta podniesionym głosem.
Prostuję się, poprawiając ubranie i ze złością patrząc na Addamsa. Wciąż czuję na ramieniu pulsujący ślad po jego uścisku. Stoi kilka kroków ode mnie, jednak szybko znów zbliża się i uderza ostrzegawczo w to samo miejsce.
— Odpowiedz. — Warczy. — Co ci mówiłem? Miałeś nic nie odjebać, a, jak zwykle, nawet tego nie potrafisz.
— Spierdalaj — mówię wkurwiony. — Nie będę ci usługiwać, kretynie. Chyba cię solidnie pojebało, skoro myślisz inaczej.
— Ja pierdolę, jedyna korzyść, jaką z ciebie mam, to znajomości w Bridleton Bay. W przeciwnym razie nie zbliżałbym się do ciebie za nic, zjebie. — krzyczy, machając ręką.
Splunięcie i odraza w jego głosie sprawiają, że te słowa trafiają do mnie wystarczająco. Zbliżam się szybko i niewiele myśląc, biorę porządny zamach. Uderzam pięścią w szczękę Addamsa, który odgina się od ciosu i z szokiem patrzy w moją stronę. Z rozciętej wargi zaczyna wypływać strużka krwi.
— Nie obrażaj mnie więcej, debilu. — mówię stanowczo, mierząc w niego drgającym z nerwów palcem. — Jak ja się, kurwa, co do ciebie pomyliłem. Myślałem, że masz jakiekolwiek poczucie szacunku do kogoś innego, ale, kurwa, przeszkadza ci najwyraźniej tylko moja orientacja, jebany hipokryto. Spierdalaj po prostu.
Odwracam się gwałtownie i kieruję w stronę, z której przyszedłem. Słyszę jedynie głośny szum w uszach i buzującą w moim ciele krew. Nie wiem, czy coś odpowiedział, nie jestem w stanie tego zarejestrować. Pobielałe ręce mam mocno zaciśnięte, nie potrafię ich rozluźnić. Czuję powstające rany na wnętrzu dłoni, tak samo palące, jak łzy wkurwienia spływające po policzkach. Ocieram je ze złością i jeszcze bardziej przyspieszam, chcąc jak najprędzej wynieść się z tego miejsca, najlepiej zniknąć całkowicie. Poczucie beznadziei i smutku powoli zaczyna przejmować nade mną górę. Nie pamiętam, skąd bierze się przy mnie wilgotna bluza, joint i zapalniczka, ale mam wrażenie, że to jedyny ratunek w tym momencie.
18 lat, fizyka, 11 klasa szkoły prywatnej, akademik (58, dwuosobowy), grupa taneczna, humorzasty Chinol, zarozumialec, tancerz hiphopowy, okazjonalnie palacz marihuany, alergik na klej
𝒪𝓉𝑜 𝒾 𝑜𝓃, 𝓈𝓏𝓊𝓀𝒶𝓂 𝓇𝑜𝓏𝑜𝒸𝒽𝑜𝒸𝑜𝓃𝓎𝒸𝒽, 𝓏𝒶𝒾𝓃𝓉𝑒𝓇𝑒𝓈𝑜𝓌𝒶𝓃𝓎𝒸𝒽 𝒾 𝓏𝒹𝑒𝓈𝓅𝑒𝓇𝑜𝓌𝒶𝓃𝓎𝒸𝒽, 𝓏𝒶𝓌𝓈𝓏𝑒 𝒻𝒶𝒸𝑒𝓉𝒶, 𝓏𝒶𝓅𝓇𝒶𝓈𝓏𝒶𝓂 𝓃𝒶 𝒶𝓁𝑜𝒾𝓈𝓂𝒶𝓋𝑒𝓇𝒾𝒸𝓀@𝑔𝓂𝒶𝒾𝓁.𝒸𝑜𝓂
Etykiety:
[KP] //
#atlanta //
Ignacy Park
Subskrybuj:
Posty (Atom)