Potem dorastasz…
Strike one.
Nawet jeśli jesteś dobry w tym, co chciałbyś robić, zasypiasz każdej nocy ze świadomością, że następny dzień nie będzie twoim dniem. To nie ten czas. Już prawie pogodziłeś się z beznadziejnością swojego życia, bardziej żałosnego niż byś kiedykolwiek oczekiwał, aż trafia się szansa. Na ten moment czekałeś i wystarcza pięć sekund odwagi.
Nim się obejrzysz, jedziesz podpisać kontrakt. Coś, co do tej pory zbywałeś do poziomu hobby, ma ustawić cię na całe życie. Nierealne. Wszyscy dokoła mówią ci, że to się nie uda. W tym nie ma przyszłości. Wtedy nie myślisz o tym, czy mają rację. Słyszysz od ojca, najważniejszego człowieka w swoim życiu, żebyś słuchał głosu serca, więc jedziesz na pierwsze zawody. I siedzisz na ławce rezerwowych, ale przynajmniej tam jesteś. Żyjesz według własnych zasad. Nagle pałkarz doznaje kontuzji, to twoja szansa, wchodzisz na boisko. Serce bije ci jak szalone, tłum krzyczy, ale wszystko cichnie, gdy ustawiasz się w odpowiedniej pozycji. Jesteś ty i jeden oddech, drugi, trzeci. Zamykasz na chwile oczy, zamachujesz się lekko, testując wagę kija, mimo że każdy jaki dostawałeś do tej pory na treningach był taki sam. Rozpoczyna się gra. Nie myślisz nawet nad tym. Twoje mięśnie wiedzą lepiej od ciebie, kiedy się poruszyć i nim dociera do ciebie, co się stało, wybijasz piłkę poza boisko.
Homerun.
Mijają miesiące i wszystko idzie zgodnie z planem. Wiedziesz życie, o jakim bałeś się marzyć, żeby się nie zawieść. Wiesz, że wielu chciałoby być na twoim miejscu, więc jesteś wdzięczny za tę szansę. Z dumą nosisz tę wspaniałą niebieską czapkę, ale nie przechwalasz się. Rozdajesz autografy, robisz zdjęcia z fanami. Nic nie zapowiada końca kariery. Wywiad za wywiadem, więcej wykończających treningów, kolejne wygrane mecze. Kolejne zdobyte bazy. Masz szansę na zdobycie największej liczby homerunów w historii. Wszystko się układa, nawet twoje życie prywatne. Masz dziewczynę i jesteście razem krótko, ale myślisz o tym, że kiedyś mógłbyś się jej oświadczyć.
Wtedy zaczyna cię nachodzić pewien mężczyzna. Uwielbia twoją drużynę, przepowiada ci świetlaną przyszłość i chce się z tobą zaprzyjaźnić. Jest nachalny, obleśny, uśmiecha się w tej odrażający sposób, który wprawia cię w niepokój. Zbywasz go za pierwszym razem. Potem prosisz, żeby dał ci spokój. Przy kolejnym spotkaniu nie wytrzymujesz. Pchasz go, grożąc, że jeśli cię nie zostawi, zadzwonisz po policję. Nieznajomy ucieka. Wydaje ci się wtedy, że to tyle, nigdy go nie zobaczysz, choć podświadomie oglądasz się przez ramię przy każdym zakręcie. Aż jednego dnia przestajesz być ostrożny.
Jest już ciemno, jesteś zmęczony, wracasz do domu, do dziewczyny i chcesz się tylko koło niej już położyć. Wybierasz krótszą drogę. Przez chwilę jest ciemno, na tej drodze nigdy nie było latarni, a ludzie też rzadko się tam zapuszczają. Wtedy widzisz światła auta. Z początku jesteś zaskoczony, nie wiesz, co się dzieje, kiedy koziołkujesz nad maską. Potem jest tylko ból i krzyk. Dławisz się łzami. Wołasz o pomoc, gdy koła samochodu przejeżdżają ci po nodze, której nie zdążyłeś zabrać z drogi.
Wszystkie twoje marzenia zostają zmiażdżone w przeciągu kilku sekund razem z kośćmi.
Strike two.
Kilka lat później trafiasz do River Falls University. Masz już trzydzieści dwa lata, ale nie masz dziewczyny. Nie masz nawet kota, bo osoba, która wynajmuje ci kawalerkę, nie życzy sobie sierści w mieszkaniu. Przeniosłeś się z Los Angeles, bo nie mogłeś znieść tych wszystkich ludzi i uwielbienia dla twojej starej drużyny. Już nie możesz grać. Dawno tego nie robiłeś, bo nawet jeśli przez większość czasu udaje ci się wybić piłkę poza boisko, nie dasz rady pobiec, kiedy ci nie wyjdzie. Ponoć proteza, którą załatwił ci lekarz, jest jedną z najlepszych. Widziałeś ludzi, którzy startują w Olimpiadach, nie mając obu nóg. Czym więc jest utrata jednej? Ale ty nie potrafisz. Nawet po takim czasie, widać, że utykasz. Chodzisz zawsze w długich spodniach, najczęściej dresach, żeby studenci nie musieli patrzeć na twoją protezę. Tylko że nie robisz tego dla nich. Robisz to dla siebie. Wstydzisz się, ukrywasz porażkę, nawet jeśli jest znana wszystkim przez wścibskość gazet. Nie potrafisz zostawić jej za sobą. Tak samo dręczy cię ta przeklęta niebieska czapka i równie irytująco niebieska bluza z numerem cztery, które wrzuciłeś do pudła pod łóżkiem.
Jesteś wiecznie zły. Nieprzerwalnie smutny, może nawet bardziej zgorzkniały. Straciłeś wszelkie perspektywy i zostało ci tylko wyszkolenie kolejnego pokolenia baseballistów. Więc ich dociskasz na treningach. Wymagasz wiele, wiesz, że to ponad ich możliwości. Ale wciąż wykazujesz zrozumienie. Przy nich jesteś zdeterminowany, pomocny i nawet jeśli często krzyczysz, że robią coś źle, potrafisz pochwalić dobry zamach.
Na koniec dnia jednak wracasz do pustego mieszkania. Nawet telefony od ojca czy smsy od sióstr nie są w stanie poprawić ci humoru. Dałeś z siebie wszystko. Jak zawsze. Ale w zaciszu czterech ścian już nie możesz tego ciągnąć. Ćwiczysz wtedy tyle, ile możesz i więcej, aż jesteś w końcu tak zmęczony, że po prysznicu niemalże natychmiastowo zapadasz w sen, by kolejny dzień nadszedł jak najszybciej.
Strike out
mailowo: whothehellisblurryface@gmail.com
albo na gg (choć tu zaglądam rzadziej): 61452268 :D
| LIVE. BREATHE. BLUE. | POWIĄZANIA |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz