Po raz ostatni spogląda na zanikające na przedramieniu włosy. Oddycha — niemiarowo, szybko. Desperacko. Trzęsącymi dłońmi odgarnia proste włosy z twarzy. Nieswoimi dłońmi.
Matka bierze ją w objęcia. Ona stoi. Niewzruszona. Pozornie. Na tle otwartej przestrzeni, rozległego krajobrazu, zieleni przykrytej śniegiem. Marzną, ale nie ruszają się przez dobrą minutę.
– Jezu, puścisz ją wreszcie? – głos ojca rozlega się ze środka domu. Znajoma postać wynurza się z niedalekiego pomieszczenia, wynosząc z niego parę szklanek.
Ona odwzajemnia uśmiech, wreszcie wyswobodzona z wywołującego nudności scenariusza. Idzie krzywo, nienaturalnie, nieomal potyka się o drzemiącego w przedpokoju psa.
– Zdejmij buty, kochanie, już prawie...
Zdejmuje. Z ulgą. Nie patrząc w dół.
Hałas dochodzący z góry zwiastuje zbawienie. Zbiega ono ze schodów, rozpromienione, nagle tyle centymetrów wyższe, chociaż kiedy widzieli się miesiąc wcześniej, to Ona górowała. Ona górowała i to jej uścisk miażdżył drugiemu kości.
– Boże, dłużej nie mogło ci to zająć?
Oboje śmieją się nerwowo, doskonale wiedząc, że nie takimi słowami powinni się witać.
Puszcza ją i ciągnie za sobą do jadalni.
– Oddychasz? Oddychaj, zaraz im powiem, że to zmęczenie i cała podróż. To tylko kolacja, okej?
Potakuje, chociaż ucisk w piersi nie daje jej skupić się na niczym innym. Siadają ramię w ramię na drewnianych krzesłach, pod krzyżem na ścianie, bardziej dla pozorów wobec siebie niż kogokolwiek innego.
Pochyla się w jej stronę, zniżając głos do szeptu.
– Dziadek nie przyjedzie. Źle się poczuł i zostali tam razem, więc nawet nie pytaj...
Martwi się. Planuje wypytać o szczegóły wbrew negacji takiego pomysłu, ale wtedy do pokoju wchodzą rodzice. Dopiero wówczas rejestruje stół zastawiony pożywieniem. Przepych, od którego serce podchodzi jej do gardła. Nie jadła tyle ani tego odkąd skończyła osiemnaście lat.
– Mamo, ja... – zaczyna bez możliwości kontynuacji.
– Wiem – odpowiada matka. – Wiem, długa podróż i jesteś zmęczona, przecież i tak to nie zniknie, możesz zjeść jutro. Ale chociaż z nami posiedź, dobrze?
Dobrze.
Nie ma pojęcia, o czym toczy się rozmowa. Nie oglądała tego, nie czytała tego, nie słyszała o tym i nie rozmawiała z nimi, więc siedzi. Słucha i próbuje nie myśleć o nogach, biuście, gardle, twarzy, włosach, biodrach, nagiej skórze. O niepomalowanych paznokciach, braku makijażu, co na pewno ma niebawem zostać wytknięte. Żałuje doboru sukienki i nieadekwatnego do okazji naszyjnika, założonego z nadzieją. Bezowocną.
Wzdryga się, kiedy czyjaś noga trąca jej kolano pod stołem. Mruga parokrotnie, aż wzrok spoczywa na matce. Bo kto inny?
– Pytam, kochanie, czy wreszcie znalazłaś jakiegoś kawalera?
Nabiera powietrza. Zbyt głośno.
– Mamo... – protestuje On.
– Co? Chyba mam prawo zapytać o życie miłosne własnej córki?
Błądzi wzrokiem po każdym elemencie wystroju, który nie wymaga przesadnego obrócenia się w jego kierunku. Ciągłe nieprzygotowanie wypala dziurę w wielu częściach kalekiego ciała, będąc adekwatną konsekwencją.
– Mamo, mam dwadzieścia siedem lat – szepcze. Byle nie wyżej.
Ale nic to nie daje.
– Słucham? Kochanie, nie słyszę, co...
– Mamo – przerywa jej głośniej. Aż pęka czaszka. – Mam dwadzieścia siedem lat. – Wbija paznokcie we wnętrza dłoni. – I...
– Ale nadal jesteś moją...
córką córką córką córką
córką córką córką córką
– ...córką. I dlatego chcę wiedzieć, bo trudno mi uwierzyć, że taka piękna kobieta...
On uderza pięścią w stół.
– Czy mogłabyś, chociaż jedno, kurwa, święto, nie poruszać tego tematu?
Wszyscy spoglądają na niego z zaskoczeniem.
– O co ci chodzi?! – oburza się matka. – Jestem jej mamą i sam fakt, że muszę to z niej wymuszać...
– Niczego nie musisz z niej wymuszać – wyrzuca z siebie On, wyraźnie zirytowany. – To tylko twoja chora idea rozmowy...
Tato? Tato, czy mógłbyś?
– A co innego mam robić? Czekać aż łaskawie mi odpisze?!
Kręci głową. Wzdycha. Nie może.
– To jej życie, nie twoje!
– Jesteście moimi dziećmi, czy tego chcecie, czy nie...
– Dlaczego musisz...
– ...i przez to będę was o to pytać...
– ...zawsze wyjeżdżać z czymś takim...
– ...tym bardziej, że widzę ją raz na rok...
– ...po prostu przyznaj, że nie mieścimy się w twoim urojonym obrazku wesołej rodziny...
Ona wstaje. Nie zasuwa krzesła i wychodzi, po czym wbiega na górę, natychmiast podejmując decyzję o udaniu się do łazienki.
– Ja pierdolę, mamo – słyszy jeszcze z dołu.
Zamyka drzwi. Odkręca kran i oblewa twarz wodą, cały czas zaciskając powieki. Bo wie, wie, że jeśli zdecyduje się je otworzyć, to
Ora paznokciami skórę, rozdrapuje niedoskonałości, wyrywa rzęsy i krzyczy, krzyczy między szlochami, kolejnymi konwulsjami, raz po raz, po sobie, za każdą obrzydliwość aktualnego jestestwa. Zagryza usta do krwi, jedynego faktora, który łączy ich oboje. Zakrywa uszy, odkąd wrzaski zza ścian nie pozwalają na zdarcie swojego gardła, odkąd w brzuchu zarysowanym delikatnością rozwija się coś poza wygłodniałym zapotrzebowaniem na niejawność przeszłej istoty siebie, bo czym jesteś bez niej, jak tylko wytworem, sztuczną kreacją, pozbawioną tętna, niewyuczoną prawidłowych zachowań? Szkaradą odwiecznych perwersji otrzymanego bytu, ot sklejonymi ze sobą niezdrowymi odruchami, mieszaniną potu i czegoś nieuchwytnego, poza zasięgiem zbudowanych kłamstwami rąk, zakrzywionych szponów. Jesteś ohydą, obrzydliwością współczesnych niby-normalności. Połamaną sztalugą, rozgoryczonym łkaniem, jakie odbija sie echem od pokrytych jasnymi płytami ścian. Topielcem w wannie, marionetką światopoglądowych anomalii. Zboczeniem post-modernistycznych dewiacji
Patrzysz na niego przez łzy. Ulegasz pod ciepłym dotykiem na gładkich policzkach, próbując odczytać cokolwiek z ruchu ust. Tęsknisz — za chłodem zamkowych sypialni, tłumami w przymałych korytarzach, za ruszającymi się obrazami, obserwowanymi dziecinnymi złośliwościami, kocim futrem, wieczną rutyną. Rozluźniasz sznur na szyi, powoli opadając w znajome formy.
Trzyma cię sekundami, minutami, godzinami, wszystkim, czego tylko potrzebujesz. Przenosi cię do waszego pokoju, kołysze w ramionach, przytula coraz mocniej przy każdej modyfikacji, dopóty nie jesteś w stanie poczuć, jak więzy zanikają i wreszcie przestajesz się hiperwentylować.
– Już dobrze – zapewnia co chwilę, co nasącza jego mowę chrypą. – Już będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze, Pat, zobaczysz...
Naiwnie wierzysz.