sobota, 16 czerwca 2018

reaper x soldado





Adam Julius Lawliet




Doskonale uzupełnia krajobraz prestiżowej szkoły średniej, funkcjonując jako ten zazwyczaj pomijany i zapominany w każdej sytuacji typ, którego imienia nawet nauczyciel nie pamięta. To nie tak, że jakoś specjalnie mu to przeszkadza, wręcz przeciwnie – lepiej jest być szarakiem niż w centrum uwagi, a jeszcze gorzej robić za pośmiewisko, co niejednokrotnie mu się zdarzało. Nowa szkoła oraz nowe miasto podarowały mu świeży start w życiu, którego nie ma zamiaru spieprzyć. Nadal nie ma pojęcia, jakim cudem dostał się do Skyline, bowiem wybitnym wynikom w nauczeniu tego nie zawdzięcza. Pomieszkuje w dormitorium, niby samotnie, a jednak nie do końca – niemożność nauki gwarantuje mu rozkapryszony, czarny kocur. Taki stan rzeczy wyjątkowo mu odpowiada, lubi samotność, choć jednocześnie się jej obawia, co jest jednym z wielu przykładów sprzeczności jego charakteru.



Klasa I | Biologia – Chemia | 18.12.2000 (hot 16)



Języki stanowią dlań niezwykłą trudność, nie wspominając już o tym, jak bardzo nienawidzi ekonomii. Nie bez powodu wybrał jako przedmioty rozszerzone biologię oraz chemię, gdyż to jedyny kierunek, w których się odnajduje. W przeciwieństwie do większości zwolenników tych przedmiotów nie marzy o medycynie, nie myśli na poważnie o swojej przyszłości, dlatego też nie ma bladego pojęcia, czym chciałby się zająć po ukończeniu szkoły. Żyje chwilą oraz własnymi pasjami, to właśnie z nimi chciałby związać swoją przyszłość. Para się łyżwiarstwem figurowym, do czego prawdopodobnie nigdy się nie przyzna, choć odważył się zapisać na pozalekcyjne zajęcia dodatkowe właśnie z łyżwiarstwa oraz akrobatyki, choć nie pogardziłby baletem. Niemałe umiejętności w dziedzinie charakteryzacji zapewniły mu przyjemną posadkę w kole teatralnym, o czym od zawsze marzył, lecz nawet po własnym trupie nie odważyłby się wyjść na scenę. Czasami rozmyśla o behawiorystyce zwierząt, ale zaraz przypomina sobie, że nie potrafi okiełznać nawet własnego kota, choć podobno posiada rękę do zwierząt.



Łyżwiarstwo | Akrobatyka | Koło Teatralne



Czarnowłose sto osiemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu rozmawia jedynie z własnym kotem, okazjonalnie z nauczycielami. Nie szuka przyjaciół, ale wmawia to sobie tylko dlatego, iż boi się straty równie mocno, co ciemności i jazdy samochodem. Najczęściej przesiaduje na lodowisku lub we własnym pokoju. W nocy nie potrafi zmrużyć oka, a w ciągu dnia niekontrolowanie zasypia gdzie popadnie, potrafi zaliczyć drzemkę nawet w drodze z dormitorium do budynku szkoły. Nauczył się na tyle komfortowo upadać, aby nie przyprawić o zawał przypadkowych przechodniów. Wiecznie przeziębiony, ale latanie po kampusie na bosaka to przecież nic złego, prawda? Od czasu wypadku miewa niezwykłe problemy z pamięcią, zwłaszcza do twarzy oraz imion, w kilka godzin zapomina o tym, co ktoś mu powiedział, o ile nie jest to dlań bardzo istotne. Zdolności charakteryzatorskie pomagają mu również chwilowo pozbyć się z twarzy i ciała blizn po owym wypadku, choć chciałby, aby zniknęły na zawsze. Przy okazji zakrywa szare piegi, których szczerze nie cierpi. Czasami zamienia stalowe tęczówki na bardzo ciemne soczewki.



Dzień dobry wieczór, Jankowski moim mistrzem, bez nieho ta karta by nie powstała ♥
Teoretycznie to szukam czegokolwiek i kogokolwiek, jestem gotowa na wszystko. Czy coś.
GG: 50389522



wish I could choose me




Benedict William Holt
Klasa I, 17, Fizyka, Hiszpański, Informatyka
Grupa Taneczna, Klub Bezgranicznej Miłości oraz Poświęcenia Poetom Polskiego Romantyzmu

61209672, chciałbym szukać czegoś konkretnego, ale nie lubię się narzucać. przepraszam za bycie attention whore i sprawianie problemów. już na przyszłość :- (MOARR
x
WIĘZY
w tytule rap monster - always, wizerunek joo eojin (god bless), pod tytułem muzyka, pod zdjęciem informacje (należy trafić w paseczki), annyeonghaseyo!

Abstrakcjo!

Nie ma mnie, nie ma nas, nie ma nikogo, kogo mógłbym nazwać swoim. Patrzę na krzywe zwierciadła, widząc uziemienie i pulsującą krew, ale niczego nie zakrywam, bo nie lubię oszukiwać także siebie. Dostrzegam nowe znamię, które plasuje mnie na najniższym szczeblu ówczesnej hierarchii, na sercu i na skórze, w sercu i pod skórą. Zagryzam czerwone, spękane, napuchnięte wargi, przyglądam się nieswoistości, rozrywam wnętrze istniejąc. Tłumię nienawiść, ściskam ją i nie pozwalam na zaczerpnięcie pojedynczego oddechu, charcząc wzywa pomoc, plując posoką zmieszaną ze śliną, wyciskam jej oczy, zastępując nimi swoje. Nie moje. Mrugam parę razy, powieki skrzypią, ale już widzę siebie. Nie siebie. Przeczesuję krzywymi, długimi palcami różowe, niebieskie, czerwone, czarne kłaki, ciągnę za nie, ból nie przynosi nic. Przebijam kłami cudzą skórę, choć spływająca po przedramieniu krew odpowiada mojej. Skubię brwi, zaczerwieniona skóra przeklina moje życie, uzmysławia, że robię, choć nie mam takiej potrzeby. Usiłuję rozorać twarz, piersi, brzuch, wrzeszczę do zdartego gardła i stoję w ciszy, opadając na dno łagodnie, z delikatnością. Jestem za bardzo nią, a w środku za bardzo nim, przez co nie mogę nazywać się sobą. Wieszam się na czyichś sufitach, trącając ich bezwładnymi nogami, gdy przechodzą. I nadal pozostaję poza zasięgiem, widokiem, człowieczeństwem. Nie wiem już czy chodzi o mnie, czy cały świat, bo może to on okaże się zaraz nieprzemyślaną układanką, a ja ogłoszę się prawidłowym bytem. Zastanawiam się czy to bijące w środku serce też należy do mnie, czy tak jak umysł, zostało porwane i uwięzione, zmuszone do współpracy. Mam szwy w każdym miejscu i nie potrafię nazwać ran, które nimi zaszyłem. A później wychodzę, na zimne ciepło, obcą bliskość, zaznajamiając się z tym, co rozbrzmiewa w mojej głowie. Przedzieram się przez zatłoczony smog, smog z ludzi, przez który duszę się i powoli rozsypuję. Jeden z nich ociera się o mnie, biegnąc, ku uciekającemu życiu, a ja wymiotuję, nie poruszając nawet mięśniem. Brud rozchodzi się po wszystkim, przenika przez niezliczone warstwy, bo jest tak kurewsko zimno, w środku i na zewnątrz. Dociera do moich ust, osiada na języku, a on puchnie, odbierając mi mowę. Brnie dalej, każdy zakamarek, wypełnia mnie od środka, rozsadzając, a następnie ściskając, bo nie mogę uciec. Niewzruszony, obojętny, poruszony. Zaciskam te same powieki co wcześniej, zakrywając inne oczy, jakby miały wypaść i broń Boże kogoś przerazić. Rozprostowuję palce dotychczas zaciśnięte na plecaku, wykrzywiając się w grymasie, niewidocznym, kiedy widzę niezdrapane resztki lakieru, czarnego jak zbiór całości oddechów. Gryzę swój język, docierając do domu, wdzierając się do środka, zahaczając jeszcze o szatnię, bo tak wypada. Jeden zdaje się być duszą, a drugi to tylko poharatane cielsko, pozbawiające cię tlenu. Znikasz w minimalnie lepszym dymie, zacierając ślady tamtego siebie, bo przecież taka nie jesteś. Siadasz pod salą, odświeżając bez przerwy te żałosne strony, do których się nigdy nie przyznasz, bo należą do ciebie, a nie do niej. Ale ty jesteś nią i nie możesz zapomnieć, kochanie, bo gdy na najmniejszy moment, najcichszą sekundę wrócisz, zrozumieją, jak łatwo cię pożreć.Wykrzywiasz twarz, naciągasz skórę z niedosłyszalnym dla innych piskiem, bo chcą usłyszeć słowa i wtedy zostawią cię w spokoju, dopóki nie przyjdą one i nie rzucą twoim plecakiem, nie spluną ci w twarz i nie rozdrapią policzka. Masz o jedno więcej wrogie spojrzenie, gdy błędnie odpowiesz na pytanie, bo pomimo szczerych chęci jesteś za głupia na własną drogę i fakt, że nic nie dzieje się, kiedy patrzą wszyscy inni, nie oznacza, że to nie ma miejsca, gdy zamykasz oczy. A ja poczekam, poczekam na twoje wyczerpanie i piekielnie głośną muzykę, kiedy znowu dopadnie cię tamto zimno, puste miejsce okaże się mną i przypomnisz sobie, że istnieję i naprawdę, naprawdę, naprawdę nienawidzę ciebie.
Obsesjo!
Autor

Don't try to fix me, I'm not broken



Hello, I'm your mind giving you someone to talk to
Has no one told you she's not breathing?
Hello, I'm the lie living for you so you can hide
Hello?
Tony Evans
Anthony
15.02.1981
Walijczyk

Przechodząc szkolnymi korytarzami zastanawiasz się, dlaczego uczniowie zamierają na Twój widok i bez żadnej przyczyny nagle urywają rozmowy, by ponownie wszczynać żywą dyskusję, kiedy tylko się oddalisz. Zastanawiasz się, czemu Twoi współpracownicy narzekają na tutejszą młodzież, bo jacy oni niegrzeczni i niewdzięczni, a przecież to takie spokojnie owieczki na Twoich lekcjach. Przecież tylko czasami się denerwujesz i w tym zdenerwowaniu tylko czasami ciskasz w tych bezczelnych licealistów kredą. Tylko czasami odpytujesz i w sekundy zapełniasz dziennik negatywnymi ocenami wiadomości z przyszłego działu. Nie chcesz tego robić. Po prostu tak wychodzi. A następnie znowu zastanawiasz się, jak wielu okropnych rzeczy życzą Ci Twoi wychowankowie żałując, że wybrali Twój przedmiot. Przecież tym razem miałeś być taki miły.
Wracasz późno do tej zatęchłej dziury w burej dzielnicy Chicago, w końcu grafik zapełniony masz godzinami oraz korkami. Ciskasz w kąt tymi wszystkimi sprawdzianami oraz papierami. Zresztą, uczniom to na rękę. Masz w końcu chwilę dla siebie. Zamiast światła zapalasz świeczkę, w końcu oszczędzasz na prądzie. Bzdura. Od miesięcy zapominasz kupić żarówkę do tej okropnie brzydkiej lampy. Siadasz na parapecie z kubkiem mleka z kawą. I znowu zaczynasz się zastanawiać. Dlaczego nikt nie wita Cię, kiedy zjawiasz się w domu? Nie jesteś na tyle odpowiedzialny, by przygarnąć sobie choćby kota. Pies potrzebuje więcej fatygi. Spacery i w ogóle. A Tobie nie chce się nawet wstawać do pracy. Właśnie, do tej pracy. Nawet nie wiesz, jakim przykrym cudem Cię tam przyjęto. Przecież nawet tego nie chciałeś. Nawet nie wiesz, kiedy przestałeś gonić za własnymi marzeniami, kiedy odrzuciłeś to wszystko, o czym pragnąłeś, w kąt. Ukryłeś na dnie najgorszego kartonu, który przeistoczył się w puszkę pandory. Nikt nie ma prawa do niego zaglądać. Nie grozi Ci to, bo przecież z nikim nie mieszkasz. To dobrze. Albo i nie. Zastanawiasz się nad tym. Zastanawiasz się, dlaczego żyjesz sam, dlaczego nie masz nikogo bliskiego przy sobie. Rozmyślasz nawet o drugiej połówce, przecież każdy w końcu ją odnajduje. Ale Ty przecież nie bawisz się w miłość. Zaciskasz drżące dłonie na kubku. Nie masz już ochoty na zimną kawę doprawioną Twoimi łzami. Wolisz wymienić ją na wódkę, wrzucając nierozważnie nieszczęsny kubek do zlewu. Kolejny, który potłukłeś. W końcu Ci ich zabraknie, ale jeszcze się tym nie przejmujesz. Alkoholem zapijasz tabletki, których tak potrzebujesz. Jedna, dwie, to za mało, łykasz całą garść, pragnąc szybkiego snu. Błogiego snu. Doskonała ucieczka.
Budzisz się gdzieś w nocy, świeczka już prawie całkowicie się stopiła. W odruchu sięgasz po te pigułki, znowu i znowu, są Ci bardziej potrzebne od tlenu, uciszają głosy i uspokajają myśli. Pocieszasz się, że do świtu nie jest daleko, jakoś to wytrwasz, dasz radę. Musisz.






fizyk (bynajmniej nie z wykształcenia)
opiekun szkolnego koła teatralnego

Szaleniec
Sama nie wiem, co tu zmalowałam i przepraszam za to
Bierzemy na klatę wszystko, dostanie kredą od nauczyciela wcale tak nie boli
Cudną kartę zmalował ssak wodny zwany Marcinem, a w niej jakieś smęty Evanescence
GG: 50389522 & saphashi18a@gmail.com <- tak gdyby jakimś cudem ktoś coś od nas chciał
ODAUTORSKO

Les bons souvenirs l'emportent
sur la haine et la rancœur

Beau
Jackson
20 lat | klasa iii | siatkarz | nehaus | in love w/ heath
historia | francuski
I'm not gay but my boyfriend is
Whining
Genji has flow, Genji must go

APSIKMKKK

WULGARYZMY

Nie pamiętam tamtego roku i nie chcę go pamiętać. Nie chcę znowu mieć nawału obowiązków, spojrzeń pochwalających moje poczynania, aprobaty ze strony nauczycieli, pełnego zaufania ze strony każdej osoby znajdującej się w szkole. Było ich za dużo, tłumy przepełniały mnie i nie pozwalały na zaczerpnięcie tchu, zamykałem się coraz bardziej, gdy odchodziłem w stronę swobody, a swobodą tą byłeś ty. Wyciągałem do ciebie ręce, ale ty tego nie dostrzegałeś, zaślepiony, zapatrzony w swoje sprawy, rozrywałeś mnie bezczynnością, pielęgnowałeś narastającą frustrację aż wreszcie doszło do wybuchu. Zniszczyłeś mi życie, zniszczyłeś mnie i zniszczyłeś wszystko, na co pracowałem. To ja podniosłem samorząd na nogi, kiedy Fillingham spierdolił ze stanowiska przez własną głupotę, to ja prowadziłem drużynę do zwycięstwa, to ja dbałem o to, by twoje akta pozostały nieskazitelnie czyste, to ja obrywałem za coś, czego nie zrobiłem. Poprosili, choć nie takie były ich intencje, dostałem wymówieniem w twarz, bo nie doceniono mnie przez ciebie. Z twojej winy zmasakrowałem wtedy tego chłopaka. By chronić twój wizerunek, bo dla mnie było już za późno.
Patrzę z zazdrością na ludzi, którzy teraz kierują szkołą, wszystkimi żałosnymi nastolatkami i wiem, że wcale nie jesteś lepszy. Jesteś jeszcze gorszy, ohydniejszy, mam ochotę splunąć na ciebie, jeszcze raz wyzwać cię od rozpieszczonych dziwek, oskarżyć o pieprzenie połowy szkoły, choć nawet tak nie myślę. Nie mógłbym tak myśleć, bo zniszczyłoby mnie to doszczętnie, jedyne, co trzyma mnie jeszcze przy życiu to świadomość, że jeśli w pełni doprowadzę do twojej destrukcji, nikt inny cię nie dostanie. Siedzę cicho, ufając tylko sobie, idąc do psychologa wymyślam kolejne wiązanki kłamstw, które w żadnym stopniu nie pokrywają się z prawdą. Nikt nie może się dowiedzieć, muszę upewnić się, że uniemożliwię jakikolwiek ratunek. Powinienem wracać do domu o ściśle określonej godzinie, każdego dnia, ale i tak zatrzymuję się, by zafundować ci kolejnego siniaka pod pretekstem otrzymania od ciebie krzywego spojrzenia godzinę temu, dwie, kiedykolwiek. Robię to wszystko dla ciebie, bo uwierz mi, że tylko ja jestem w stanie zapewnić ci to, co najlepsze. Mogę ci pomóc, nawet jeśli nie wiem, co cię trapi, ale będąc tak kurewsko pięknym niemożliwe, by nie istniało żadne wyjście. Bo jesteś cudem tego świata, twoje oczy, które powinny patrzeć tylko na mnie, twoje dłonie, które powinny błądzić tylko po moim ciele, twoje usta, które powinny całować tylko mnie, cała twoja egzystencja, która nie może istnieć dla kogoś innego. Nawet pojedyncze jednostki są zagrożeniem, nie mogę oferować nikomu kredytu zaufania, to przecież pewne, że i tak prędzej czy później mnie oszukają, a ja nie dam już rady. Utraciłem dla ciebie wszystko, po czym żądam rekompensaty, choć była to tylko i wyłącznie moja decyzja. Chcę cię na wyłączność, ale nie zasługuję na to, a ty nie zasługujesz na takie poniżenie jak ja, ale nie potrafię cię oddać, bo tak cię nienawidzę.
Dlatego proszę, zniszcz siebie dla mnie.

Baelish Pheles
III, koszykówka, francuski, włoski, hiszpański

Od Autora

EH

Adam J. Lawliet
Klasa I | Biologia – Chemia | 18.12 | 101
Łyżwiarstwo | Akrobatyka | Koło Teatralne | KBMoPPPR


Powiązania


Dzień dobry wieczór, kocham Marcinka ponad żyćko ♥
Kotki lubią być głaskane.
GG: 50389522

Odpisuję rzadko, bo nie mam czasu na życie.

I'm not a saint, but I could be if I try

Othello Winner Winchester
Lord knows I don't learn from mistakes
kawalerka w pobliżu Fairmount Memorial Park trener męskiej drużyny baseballa Tiago Würch
Kiedy jesteś dzieckiem, myślisz, że wszystko zawsze będzie kolorowe. Wierzysz w każde swoje marzenie, nawet jeśli jest najbardziej irracjonalne jak zostanie rycerzem czy astronautą. Przecież tylko nielicznym udaje się polecieć w kosmos, ale kiedy masz pięć lat, nie myślisz o tym, co jest możliwe. Nie znasz ograniczeń. Jesteś tu i teraz.

Potem dorastasz…

Strike one.

Nawet jeśli jesteś dobry w tym, co chciałbyś robić, zasypiasz każdej nocy ze świadomością, że następny dzień nie będzie twoim dniem. To nie ten czas. Już prawie pogodziłeś się z beznadziejnością swojego życia, bardziej żałosnego niż byś kiedykolwiek oczekiwał, aż trafia się szansa. Na ten moment czekałeś i wystarcza pięć sekund odwagi.

Nim się obejrzysz, jedziesz podpisać kontrakt. Coś, co do tej pory zbywałeś do poziomu hobby, ma ustawić cię na całe życie. Nierealne. Wszyscy dokoła mówią ci, że to się nie uda. W tym nie ma przyszłości. Wtedy nie myślisz o tym, czy mają rację. Słyszysz od ojca, najważniejszego człowieka w swoim życiu, żebyś słuchał głosu serca, więc jedziesz na pierwsze zawody. I siedzisz na ławce rezerwowych, ale przynajmniej tam jesteś. Żyjesz według własnych zasad. Nagle pałkarz doznaje kontuzji, to twoja szansa, wchodzisz na boisko. Serce bije ci jak szalone, tłum krzyczy, ale wszystko cichnie, gdy ustawiasz się w odpowiedniej pozycji. Jesteś ty i jeden oddech, drugi, trzeci. Zamykasz na chwile oczy, zamachujesz się lekko, testując wagę kija, mimo że każdy jaki dostawałeś do tej pory na treningach był taki sam. Rozpoczyna się gra. Nie myślisz nawet nad tym. Twoje mięśnie wiedzą lepiej od ciebie, kiedy się poruszyć i nim dociera do ciebie, co się stało, wybijasz piłkę poza boisko.

Homerun.

Mijają miesiące i wszystko idzie zgodnie z planem. Wiedziesz życie, o jakim bałeś się marzyć, żeby się nie zawieść. Wiesz, że wielu chciałoby być na twoim miejscu, więc jesteś wdzięczny za tę szansę. Z dumą nosisz tę wspaniałą niebieską czapkę, ale nie przechwalasz się. Rozdajesz autografy, robisz zdjęcia z fanami. Nic nie zapowiada końca kariery. Wywiad za wywiadem, więcej wykończających treningów, kolejne wygrane mecze. Kolejne zdobyte bazy. Masz szansę na zdobycie największej liczby homerunów w historii. Wszystko się układa, nawet twoje życie prywatne. Masz dziewczynę i jesteście razem krótko, ale myślisz o tym, że kiedyś mógłbyś się jej oświadczyć.

Wtedy zaczyna cię nachodzić pewien mężczyzna. Uwielbia twoją drużynę, przepowiada ci świetlaną przyszłość i chce się z tobą zaprzyjaźnić. Jest nachalny, obleśny, uśmiecha się w tej odrażający sposób, który wprawia cię w niepokój. Zbywasz go za pierwszym razem. Potem prosisz, żeby dał ci spokój. Przy kolejnym spotkaniu nie wytrzymujesz. Pchasz go, grożąc, że jeśli cię nie zostawi, zadzwonisz po policję. Nieznajomy ucieka. Wydaje ci się wtedy, że to tyle, nigdy go nie zobaczysz, choć podświadomie oglądasz się przez ramię przy każdym zakręcie. Aż jednego dnia przestajesz być ostrożny.

Jest już ciemno, jesteś zmęczony, wracasz do domu, do dziewczyny i chcesz się tylko koło niej już położyć. Wybierasz krótszą drogę. Przez chwilę jest ciemno, na tej drodze nigdy nie było latarni, a ludzie też rzadko się tam zapuszczają. Wtedy widzisz światła auta. Z początku jesteś zaskoczony, nie wiesz, co się dzieje, kiedy koziołkujesz nad maską. Potem jest tylko ból i krzyk. Dławisz się łzami. Wołasz o pomoc, gdy koła samochodu przejeżdżają ci po nodze, której nie zdążyłeś zabrać z drogi.

Wszystkie twoje marzenia zostają zmiażdżone w przeciągu kilku sekund razem z kośćmi.

Strike two.

Kilka lat później trafiasz do River Falls University. Masz już trzydzieści dwa lata, ale nie masz dziewczyny. Nie masz nawet kota, bo osoba, która wynajmuje ci kawalerkę, nie życzy sobie sierści w mieszkaniu. Przeniosłeś się z Los Angeles, bo nie mogłeś znieść tych wszystkich ludzi i uwielbienia dla twojej starej drużyny. Już nie możesz grać. Dawno tego nie robiłeś, bo nawet jeśli przez większość czasu udaje ci się wybić piłkę poza boisko, nie dasz rady pobiec, kiedy ci nie wyjdzie. Ponoć proteza, którą załatwił ci lekarz, jest jedną z najlepszych. Widziałeś ludzi, którzy startują w Olimpiadach, nie mając obu nóg. Czym więc jest utrata jednej? Ale ty nie potrafisz. Nawet po takim czasie, widać, że utykasz. Chodzisz zawsze w długich spodniach, najczęściej dresach, żeby studenci nie musieli patrzeć na twoją protezę. Tylko że nie robisz tego dla nich. Robisz to dla siebie. Wstydzisz się, ukrywasz porażkę, nawet jeśli jest znana wszystkim przez wścibskość gazet. Nie potrafisz zostawić jej za sobą. Tak samo dręczy cię ta przeklęta niebieska czapka i równie irytująco niebieska bluza z numerem cztery, które wrzuciłeś do pudła pod łóżkiem.

Jesteś wiecznie zły. Nieprzerwalnie smutny, może nawet bardziej zgorzkniały. Straciłeś wszelkie perspektywy i zostało ci tylko wyszkolenie kolejnego pokolenia baseballistów. Więc ich dociskasz na treningach. Wymagasz wiele, wiesz, że to ponad ich możliwości. Ale wciąż wykazujesz zrozumienie. Przy nich jesteś zdeterminowany, pomocny i nawet jeśli często krzyczysz, że robią coś źle, potrafisz pochwalić dobry zamach.

Na koniec dnia jednak wracasz do pustego mieszkania. Nawet telefony od ojca czy smsy od sióstr nie są w stanie poprawić ci humoru. Dałeś z siebie wszystko. Jak zawsze. Ale w zaciszu czterech ścian już nie możesz tego ciągnąć. Ćwiczysz wtedy tyle, ile możesz i więcej, aż jesteś w końcu tak zmęczony, że po prysznicu niemalże natychmiastowo zapadasz w sen, by kolejny dzień nadszedł jak najszybciej.

Strike out

Jeśli ktoś chce, można się ze mną skontaktować

mailowo: whothehellisblurryface@gmail.com

albo na gg (choć tu zaglądam rzadziej): 61452268 :D

LIVE. BREATHE. BLUE. POWIĄZANIA

Oh, look—a dragon. What a perfect way to ruin our day.

Konstantin "лев" Reznikov
Mom was right, I should've brought a sweater
tamten pałkarz || z wymianysamotny basiorwilkrandom(y)
Rzadko pasujesz do środowiska na tyle, by czerpać jakąkolwiek satysfakcję z posiadania tętna. Zabijasz siebie w sobie kawałkami, wyrzucasz tylko zawodne części, nie podejmując chęci naprawy, bo brakuje ci na to czasu. Odliczasz sekundy, minuty, trzymane kije, dłonie, złączone usta i bóle gardła po jeszcze jednym meczu. Grasz, jakby ten mecz miał być twoim ostatnim, piszesz, jakby od tej pracy zależały całe studia, oddychasz, jakby były to twoje ostatnie hausty. Żyjesz, jakby Ameryka miała okazać się tylko snem, podłą imaginacją zdradzieckiego umysłu, aż nie starcza ci chwil na wyostrzenie obrazu.
Umierasz, Konstantin.
Nie mówisz po rosyjsku, nie wskazujesz różnic, nie gubisz się w sentencjach i korytarzach. Wrzeszczysz najgłośniej, biegasz najszybciej, śpiewasz najciszej, tańczysz najrzadziej. Łykasz wszelkie podarunki z nieokiełznaną naiwnością, podążasz za tłumami i niekończącymi się przewodnikami, aż w płomieniach stają wszystkie znane ci mięśnie. Czasami szepczesz niezdrowe obietnice następnej liderce, czasem silisz się na zbrukany pochodzeniem akcent dla niesubtelnych odbić w zdeterminowanych męskością oczach, a równie rzadko stronisz od cudzych obecności, ponieważ prawdziwy świat zaczyna się w nocy, po drugiej stronie przyciemnionego ekranu i wieloletnich grafik. Śmierć, wojny, walki i relacje, te same, do których tak gorącą chęcią pałasz za dnia. Przesiadujesz na zbrukanych kanapach, w śmierdzących spelunach młodzieżowych ostoi, trzymasz palcami niestworzonymi do mocnych chwytów butelkę, walcząc z pragnieniem roztrzaskania jej na swojej głowie.
Płaczesz, Konstantin.
Akceptujesz ciepło stabilności, tak różne od uprzednich niekonsekwencji losu. Wiesz, że już tu zostaniesz, że to się nie skończy na lotnisku, z ciężkim plecakiem wypełnionym pamiątkami. Wiesz, że twoje życie dobiegnie końca tutaj, na strychu, nad nawiedzonym sklepem, z którego tak szybko rano wychodzisz, bo jego zawartość skręca ci wnętrzności. Jesteś miły, uprzejmy, pomocny, wiecznie oczekujący na okazję do roześmiania się i wylania nagromadzonej latami miłości. Nie umiesz się ukryć, nie przed nią i nie przed nim. Przed nią też nie, co doprowadza do nieskończoności niezaplanowanych ogniw, powoli zamieniających wszystko (i jeszcze więcej) w chaos poza twoją kontrolą. Boisz się wielkich liter, wielkich kropli na bladej za sprawą noszonej ciągle czapki twarzy, chociaż zima już minęła i nie zostało wiele po akademickiej Wigilii.
Tęsknisz, Konstantin.
Za tym, co jeszcze nie przeminęło, za sobą w takim stanie i za każdym, kto poświęcił tobie choć minimum uwagi. Za tym chłopakiem siedzącym obok ciebie na jednych z zajęć, bo pożyczył ci ołówek. Za słońcem, bezmiarem słońca, tylko przez ciebie wyobrażanego. Za chłodem, niesyberyjskim zachwytem, choć pochodzisz z zupełnie innych stron. Za kinowymi premierami. Za liczeniem każdego centa, chcąc uniezależnić się w takim stopniu, aby przekupić Boga. Za niższością własnego bytu wobec reszty, co dawno temu przestało cię onieśmielać. Za przymusem ruchu, gloryfikacją twoich wprawionych nadzieją predyspozycji. Za akcentem powoli wytrącającym się ze śliny, za nieciężką składnią i słownictwem zaczerpniętym z internetowych czeluści.
Toniesz, Konstantin. Toniesz w żalu i przewidywaniach. I tylko czekasz, czekasz, aż ktoś przypomni ci, jak cholernie kiepsko kłamiesz.
I am all ears, as we elves like to say. – You like anything?
– I like quiet.
Oh look, we have a bear. Hooray. I AM a horde of rampaging Qunari.
niechzywinietracanadziei@gmail.com ; podobno mam też gg
[fun fact] #odebrane nie są mojego autorstwa (ale złodziejem też nie jestem), chyba funkcjonują trochę jak powiązania???
lubimy powiązania i niestworzone dramaty, jesteśmy strasznie nudni, za to godzimy się na wszystko
ps pozdrawiam t0ps3cr3t : (
autorem zdjęć jest masha demianova!!!