Roan Watson
Klasa IV (rozszerzenia — historia, fizyka, hiszpański) – 18 lat – 13 sierpnia – prawie dwa metry – perkusista i drugi wokal Crazy Wolves – palacz – arachnofobia – niechciana niespodzianka Nora – emerytowany hokeista - odnowiony motor po ojcu – pieprzony głos rozsądku Scotta McCalla – Willy, Willy, Willy – lody miętowe z kawałkami czekolady – kurwa.
Jego umysł wypełniła pustka. Rozchylił wargi i wstrzymał na chwilę oddech. Myślał, że nie będzie w stanie przeżyć tego dnia, męcząc się z podstawowymi czynnościami, przez co denerwowałby się jeszcze bardziej, ale najwyraźniej się mylił. Mięśnie brzucha same się napięły w oczekiwaniu. Westchnął cicho, gdy Ben ucałował jego skroń.
- Zrób to jeszcze raz – wyszeptał, zaskakując samego siebie, jak łatwo taki drobny gest ukoił choć na chwilę jego nerwy. Uchylił powieki i spojrzał pod kątem na chłopaka. Patrzył mu bezwstydnie w oczy, gdy kładł swoją rękę na jego dłoni, by przesunąć ją wymownie jeszcze niżej. - To też jest przyjemne. Nie przestawaj.
Czasami czuję się, jakbym tonął.
Jestem zmywany przez nieokiełznane fale, które odbijają się na mojej osobowości, szczerbiąc jej brzegi i uwypuklając niedoskonałości. Dochodzi do pełnej gwałtowności burzy. Agresja wylewa się, kropla po kropli, aż dotyka innych z siłą porównywalną do tysiąca huraganów. Sztorm zbiera swe żniwo, nie pozostawiając miejsca na sentymenty. Jestem tylko ja i dzikość przytłaczającej mnie natury. Unoszę się z głową ponad wodą, ale koniec jest bliższy, niż chciałbym przyznać. Wszystko na mnie ciąży, nasiąkając wodą i sprawiając, że coraz trudniej jest się utrzymać, nawet jeśli daję z siebie wszystko. Raz za razem łapię gwałtownie powietrze, jakby miał być to mój ostatni oddech w eterze bezmiaru. Wiem, że ktoś mnie uratuję, bo nie jestem sam, ale ta świadomość nie pomaga. Panika wzrasta razem z wątpliwościami. Są przy mnie. Widzę ich dłonie. Twarze powoli się wyostrzają, gdy po nich sięgam, jednak prędzej czy później ponownie się zanurzam. Za każdym razem coraz głębiej, gwałtowniej. Wystarczy jedno słowo, bym stracił grunt pod nogami. Stoję niepewnie i oddycham płytko. Każdy głębszy oddech staje się moją zgubą, bo w pewnym momencie i tak nabieram wody do płuc. Dławię się nią, nienawidząc siebie, za bycie tak bezsilnym wobec samego siebie w otoczeniu świata, który powziął sobie mnie za cel jakiegoś chorego żartu.
Czasami nie wystarczam jako syn.
Widzę te wszystkie siniaki w lustrze. Sączą się w gromadzie pod moją skórą i przebijają ją swoim charakterystycznym ubarwieniem. Nigdy na twarzy. Nie przez niego. Dotykam obolałych żeber i zastanawiam się, co mogę zrobić, by było lepiej. Zapisuję kolejne zdjęcie, ale wciąż mam nadzieję, że nigdy nie będę go musiał użyć. Złudne nadzieje są najgorsze. Niszczą marzenia, gnieżdżą się w nas i doprowadzają do zniszczenia już potłuczonego serca, które bije, nie wiedząc nawet po co. Nienawidzę go. Chciałbym go zabić, ale myślę o wszystkich. Myślę o tym, czego zostałem nauczony i za każdym razem, gdy zaciskam pięści w jego pobliżu, mam wrażenie, że nie taki powinienem być. To po nim odziedziczyłem tę łatwą do rozpalenia frustrację i kumulujący się gniew, który prędzej czy później przeradzał się w agresję. Nagłą i nie do opanowania. Kiedy po raz kolejny życzę mu śmierci, siadam do perkusji i gram tak długo, aż krwawią mi dłonie. Nie czuję się lepiej. Może trochę, odrobinę. Na tyle, że jestem w stanie przeżyć kolejną noc, odpływając na otwarte wody snu, wieziony przez zbyt głośne do takiej sytuacji dźwięki muzyki. Rano jest lepiej. Zdarza mi się myśleć, że wydarzenia poprzedniego dnia były jedynie nieporozumieniem, ale ojciec ponownie gasi we mnie płomyk dziecięcego optymizmu. Po raz kolejny mówię nieodpowiednie słowa, wykazuję się niepoprawną postawą i cały dzień mija pod przygnębiającą cholerną chmurą, która rzuca na mnie odpychający cień. A może zakrył mnie już dawno temu i nie chce zostawić? Jej również nie wystarczyłem. Zawiodłem, dlatego że nie potrafiłem zrobić więcej.
Czasami przygniata mnie poczucie winy.
Osiemnastego lutego dwa tysiące piętnastego roku skończyło się dla mnie życie. Ona nie powinna umrzeć. Jeszcze nie. Była za młoda, za dobra, zbyt idealna na ten przeklęty świat. A ja powinienem zrobić więcej. Jestem tylko pieprzonym Roanem Watsonem, nie potrafię być kimś lepszym.
Czasami nie radzę sobie z własnymi emocjami.
Świat wychodzi mi naprzeciw, podważając mój byt, więc jestem jeszcze bardziej bezczelny, za chłodny w odbiorze ze swoimi nieprzemyślanymi słowami i zbyt szorstki w dotyku wysłużonych dłoni. Przemywam je wodą, bo nie widzę sensu w dłuższym zajmowaniu się powierzchownymi ranami. Nie one mnie wyniszczają, a tak byłoby lepiej. Naklejam plastry, choć nie trzymają się za długo, gdy ponownie siadam do perkusji. Przepełnia mnie gniew, ciągły i nieustępliwy, pełen żałosnego poczucia winy, które miesza się z wszechobecnym bólem. Cierpienie wzmaga na sile w pewnych okresach. Jest niczym zapalniczka i wystarczy jakiekolwiek źródło ognia, by powstał płomień buchający nienawiścią, jednak jego pole rażenia jest niewspółmierne do siły pierwotnego wykrzesania. Miotam się, walcząc z życiem, ale ono nie chce mnie puścić. Prawdopodobnie to ja trzymam się go kurczowo, nie będąc gotowym na takie zakończenie. Więcej krwi rozpryskuje się po instrumencie, a ja ją ścieram, choć na tym etapie wiem, że nie ma to sensu. Jeśli nie w bezpiecznej przestrzeni czterech ścian, będę się wykrwawiał podczas zderzenia z brutalną rzeczywistością. Temu podpadłem, tamten powiedział coś nie tak i mnie zdenerwował. Jeszcze inny naraził się Scottowi. Kolejny też. Trzymam własne emocje w ryzach, jeśli przyjaciel mnie potrzebuje, ale czasem sytuacja wymyka się spod kontroli. Pękam. Lepka ciecz w kolorze królewskiego burgundu spływa mi strużką po twarzy, ale jest czymś tak abstrakcyjnym, że nie orientuję się, dopóki nie smakuję jej w ustach z charakterystycznym metalowym wydźwiękiem. Kolejny plaster. Nad okiem, w połowie brwi. Jakoś się trzyma w przeciwieństwie do mnie. Czuję za dużo, a za mało mogę z siebie dać poza tym naglącym poczuciem działania. Pragnę rozwalić wszystko w drobny mak. Każdą rzecz, nawet ściany, ludzi także.
Czasami chciałbym pomóc chociaż jemu.
Wiem, że nie oczekuje ode mnie niemożliwego. Obydwoje zapewniają mnie o swojej przyjaźni i oddaniu. Nie mógłbym prosić o lepszych przyjaciół. Nawet nie mają pojęcia, że ani trochę na nich nie zasługuję. Miotam się między opanowaniem swoich uczuć, by skupić się na poskromieniu temperamentu Scotta, a przekazaniem jemu oraz jego siostrze jakiejkolwiek dawki mojego oddania. Wiedzą, ile dla mnie znaczą, jak bardzo mi pomogli, ale mam wrażenie, że czuję się niedocenieni, bo nie potrafię od tak powiedzieć „dziękuję” ani „proszę”. Gdzieś zgubiłem te słowa. Te i wiele innych od dawna przestało funkcjonować w moim słowniku. Wyrażam się poprzez gesty, które mimo wszystko zdają się niewystarczające. Co z tego, że wrzucę do puszki na napiwki kilka banknotów po każdej wizycie w barze, gdzie pracuje McCall, skoro nie są one de facto moje. Nie mam nawet do nich prawa. Nic nie należy w pełni do mnie, jednak wykorzystuję pieniądze ojca, by choć częściowo zadośćuczynić, ale nie wiem, za czyje grzechy. Czuję się żałośnie z całą niemocą. Zawsze mam kontrolę nad sytuacją, dlatego że inaczej nie byłbym w stanie zapanować nad samym sobą. Coś we mnie pęka za każdym razem, gdy widzę go, jak zmaga się ze szkołą, pracą i wychowywaniem siostry. Kolejna szrama odznacza się na moim sercu i z każdym dniem staje się coraz twardszą skorupą, która chroni mnie przed ponownym zranieniem.
Czasami nie potrafię powiedzieć tego, co naprawdę myślę.
Zastanawia mnie, czy kiedykolwiek dotarło do niego, jak wiele dla mnie znaczy; jak chwytam się każdego słowa, byle niczego nie pominąć. Znowu coś psuję. Zawsze tak jest. Chowam uśmiech na dnie policzków, wpycham go tak daleko, że się nim dławię, bo on jest zawsze za bardzo i za blisko. Delikatnie, powoli i z wielką dozą płaczu komuś udało się dotrzeć do mojego serca, jednak język nie nadąża za tym nowym uczuciem, jakim jest przyspieszone bicie tego zniszczonego organu, który zagnieździł się w mojej klatce piersiowej. Już dawno nie działał tak, jak powinien. Za mocno się zapieram albo za bardzo ciągnę. Nic nie wychodzi bez szwanku po kontakcie ze mną, gdyż nie potrafię znaleźć „złotego środka”. Jednakowoż taka jest człowiecza natura. Jako ludzie niszczymy wszystko, czego się dotkniemy, łącznie ze sobą nawzajem. A moje palce skaziły już zbyt wiele osób cieniem swej obecności. Nie powinienem nikogo zatrzymywać. Tym bardziej nie jego, by widział tę brzydką stronę mnie. Mam tylko ją. Nie potrafię wydobyć z siebie piękna, o którym mnie zapewnia. Ciągle go ranię. Raz za razem, nawet gdy jest dobrze, robię coś nie tak, robię jeszcze gorszą rzecz, bo życie oduczyło mnie delikatności. Zgubiłem się w ciągłej gonitwie za przetrwaniem, nie zwracając uwagi na wagę słów. Żadne i tak nie mogło nic zmienić. Teraz może jest inaczej, ale wciąż każde wyznanie przychodzi z trudem, niosąc za sobą ciężar, który za długo dźwigałem na sercu. Mimo to mówię, by zaprzeczyć przerażającej ciszy, ale litery nie układają się w satysfakcjonującą całość. Przedstawiam się światu inaczej, niż chciałbym, żeby on mnie widział. Żałuję, że nie potrafię być lepszy, bardziej zrozumiały i pogodniejszy, ale świat mnie stłumił, pozbawiając zdolności do poprawnego wyrażenia siebie, więc gram dalej. Tylko przy nim się staram. Czy tak wygląda uśmiech? Bolą mnie od tego policzki, ale dla niego chcę się zmienić. Problem polega na tym, że świat mi na to nie pozwala, zrzucając na mnie kolejne problemy, stawiając nowe wyzwania i nie dopuszczając mnie do uchwycenia choćby pojedynczego promienia szczęścia. Samą swoją osobą za łatwo niszczę jego radość.
Zawsze czuję, że nie polubiłbym się ze sobą, gdybym siebie spotkał.

