sobota, 7 lipca 2018

i do declare


Roan Watson

Klasa IV (rozszerzenia — historia, fizyka, hiszpański) – 18 lat – 13 sierpnia – prawie dwa metry – perkusista i drugi wokal Crazy Wolves – palacz – arachnofobia – niechciana niespodzianka Nora – emerytowany hokeista - odnowiony  motor  po ojcu – pieprzony  głos rozsądku Scotta McCalla – Willy, Willy, Willy – lody miętowe z kawałkami czekolady – kurwa.



Jego umysł wypełniła pustka. Rozchylił wargi i wstrzymał na chwilę oddech. Myślał, że nie będzie w stanie przeżyć tego dnia, męcząc się z podstawowymi czynnościami, przez co denerwowałby się jeszcze bardziej, ale najwyraźniej się mylił. Mięśnie brzucha same się napięły w oczekiwaniu. Westchnął cicho, gdy Ben ucałował jego skroń.
- Zrób to jeszcze raz – wyszeptał, zaskakując samego siebie, jak łatwo taki drobny gest ukoił choć na chwilę jego nerwy. Uchylił powieki i spojrzał pod kątem na chłopaka. Patrzył mu bezwstydnie w oczy, gdy kładł swoją rękę na jego dłoni, by przesunąć ją wymownie jeszcze niżej. - To też jest przyjemne. Nie przestawaj.
Czasami czuję się, jakbym tonął.
Jestem zmywany przez nieokiełznane fale, które odbijają się na mojej osobowości, szczerbiąc jej brzegi i uwypuklając niedoskonałości. Dochodzi do pełnej gwałtowności burzy. Agresja wylewa się, kropla po kropli, aż dotyka innych z siłą porównywalną do tysiąca huraganów. Sztorm zbiera swe żniwo, nie pozostawiając miejsca na sentymenty. Jestem tylko ja i dzikość przytłaczającej mnie natury. Unoszę się z głową ponad wodą, ale koniec jest bliższy, niż chciałbym przyznać. Wszystko na mnie ciąży, nasiąkając wodą i sprawiając, że coraz trudniej jest się utrzymać, nawet jeśli daję z siebie wszystko. Raz za razem łapię gwałtownie powietrze, jakby miał być to mój ostatni oddech w eterze bezmiaru. Wiem, że ktoś mnie uratuję, bo nie jestem sam, ale ta świadomość nie pomaga. Panika wzrasta razem z wątpliwościami. Są przy mnie. Widzę ich dłonie. Twarze powoli się wyostrzają, gdy po nich sięgam, jednak prędzej czy później ponownie się zanurzam. Za każdym razem coraz głębiej, gwałtowniej. Wystarczy jedno słowo, bym stracił grunt pod nogami. Stoję niepewnie i oddycham płytko. Każdy głębszy oddech staje się moją zgubą, bo w pewnym momencie i tak nabieram wody do płuc. Dławię się nią, nienawidząc siebie, za bycie tak bezsilnym wobec samego siebie w otoczeniu świata, który powziął sobie mnie za cel jakiegoś chorego żartu.
Czasami nie wystarczam jako syn.
Widzę te wszystkie siniaki w lustrze. Sączą się w gromadzie pod moją skórą i przebijają ją swoim charakterystycznym ubarwieniem. Nigdy na twarzy. Nie przez niego. Dotykam obolałych żeber i zastanawiam się, co mogę zrobić, by było lepiej. Zapisuję kolejne zdjęcie, ale wciąż mam nadzieję, że nigdy nie będę go musiał użyć. Złudne nadzieje są najgorsze. Niszczą marzenia, gnieżdżą się w nas i doprowadzają do zniszczenia już potłuczonego serca, które bije, nie wiedząc nawet po co. Nienawidzę go. Chciałbym go zabić, ale myślę o wszystkich. Myślę o tym, czego zostałem nauczony i za każdym razem, gdy zaciskam pięści w jego pobliżu, mam wrażenie, że nie taki powinienem być. To po nim odziedziczyłem tę łatwą do rozpalenia frustrację i kumulujący się gniew, który prędzej czy później przeradzał się w agresję. Nagłą i nie do opanowania. Kiedy po raz kolejny życzę mu śmierci, siadam do perkusji i gram tak długo, aż krwawią mi dłonie. Nie czuję się lepiej. Może trochę, odrobinę. Na tyle, że jestem w stanie przeżyć kolejną noc, odpływając na otwarte wody snu, wieziony przez zbyt głośne do takiej sytuacji dźwięki muzyki. Rano jest lepiej. Zdarza mi się myśleć, że wydarzenia poprzedniego dnia były jedynie nieporozumieniem, ale ojciec ponownie gasi we mnie płomyk dziecięcego optymizmu. Po raz kolejny mówię nieodpowiednie słowa, wykazuję się niepoprawną postawą i cały dzień mija pod przygnębiającą cholerną chmurą, która rzuca na mnie odpychający cień. A może zakrył mnie już dawno temu i nie chce zostawić? Jej również nie wystarczyłem. Zawiodłem, dlatego że nie potrafiłem zrobić więcej.
Czasami przygniata mnie poczucie winy.
Osiemnastego lutego dwa tysiące piętnastego roku skończyło się dla mnie życie. Ona nie powinna umrzeć. Jeszcze nie. Była za młoda, za dobra, zbyt idealna na ten przeklęty świat. A ja powinienem zrobić więcej. Jestem tylko pieprzonym Roanem Watsonem, nie potrafię być kimś lepszym.
Czasami nie radzę sobie z własnymi emocjami.
Świat wychodzi mi naprzeciw, podważając mój byt, więc jestem jeszcze bardziej bezczelny, za chłodny w odbiorze ze swoimi nieprzemyślanymi słowami i zbyt szorstki w dotyku wysłużonych dłoni. Przemywam je wodą, bo nie widzę sensu w dłuższym zajmowaniu się powierzchownymi ranami. Nie one mnie wyniszczają, a tak byłoby lepiej. Naklejam plastry, choć nie trzymają się za długo, gdy ponownie siadam do perkusji. Przepełnia mnie gniew, ciągły i nieustępliwy, pełen żałosnego poczucia winy, które miesza się z wszechobecnym bólem. Cierpienie wzmaga na sile w pewnych okresach. Jest niczym zapalniczka i wystarczy jakiekolwiek źródło ognia, by powstał płomień buchający nienawiścią, jednak jego pole rażenia jest niewspółmierne do siły pierwotnego wykrzesania. Miotam się, walcząc z życiem, ale ono nie chce mnie puścić. Prawdopodobnie to ja trzymam się go kurczowo, nie będąc gotowym na takie zakończenie. Więcej krwi rozpryskuje się po instrumencie, a ja ją ścieram, choć na tym etapie wiem, że nie ma to sensu. Jeśli nie w bezpiecznej przestrzeni czterech ścian, będę się wykrwawiał podczas zderzenia z brutalną rzeczywistością. Temu podpadłem, tamten powiedział coś nie tak i mnie zdenerwował. Jeszcze inny naraził się Scottowi. Kolejny też. Trzymam własne emocje w ryzach, jeśli przyjaciel mnie potrzebuje, ale czasem sytuacja wymyka się spod kontroli. Pękam. Lepka ciecz w kolorze królewskiego burgundu spływa mi strużką po twarzy, ale jest czymś tak abstrakcyjnym, że nie orientuję się, dopóki nie smakuję jej w ustach z charakterystycznym metalowym wydźwiękiem. Kolejny plaster. Nad okiem, w połowie brwi. Jakoś się trzyma w przeciwieństwie do mnie. Czuję za dużo, a za mało mogę z siebie dać poza tym naglącym poczuciem działania. Pragnę rozwalić wszystko w drobny mak. Każdą rzecz, nawet ściany, ludzi także.
Czasami chciałbym pomóc chociaż jemu.
Wiem, że nie oczekuje ode mnie niemożliwego. Obydwoje zapewniają mnie o swojej przyjaźni i oddaniu. Nie mógłbym prosić o lepszych przyjaciół. Nawet nie mają pojęcia, że ani trochę na nich nie zasługuję. Miotam się między opanowaniem swoich uczuć, by skupić się na poskromieniu temperamentu Scotta, a przekazaniem jemu oraz jego siostrze jakiejkolwiek dawki mojego oddania. Wiedzą, ile dla mnie znaczą, jak bardzo mi pomogli, ale mam wrażenie, że czuję się niedocenieni, bo nie potrafię od tak powiedzieć „dziękuję” ani „proszę”. Gdzieś zgubiłem te słowa. Te i wiele innych od dawna przestało funkcjonować w moim słowniku. Wyrażam się poprzez gesty, które mimo wszystko zdają się niewystarczające. Co z tego, że wrzucę do puszki na napiwki kilka banknotów po każdej wizycie w barze, gdzie pracuje McCall, skoro nie są one de facto moje. Nie mam nawet do nich prawa. Nic nie należy w pełni do mnie, jednak wykorzystuję pieniądze ojca, by choć częściowo zadośćuczynić, ale nie wiem, za czyje grzechy. Czuję się żałośnie z całą niemocą. Zawsze mam kontrolę nad sytuacją, dlatego że inaczej nie byłbym w stanie zapanować nad samym sobą. Coś we mnie pęka za każdym razem, gdy widzę go, jak zmaga się ze szkołą, pracą i wychowywaniem siostry. Kolejna szrama odznacza się na moim sercu i z każdym dniem staje się coraz twardszą skorupą, która chroni mnie przed ponownym zranieniem.
Czasami nie potrafię powiedzieć tego, co naprawdę myślę.
Zastanawia mnie, czy kiedykolwiek dotarło do niego, jak wiele dla mnie znaczy; jak chwytam się każdego słowa, byle niczego nie pominąć. Znowu coś psuję. Zawsze tak jest. Chowam uśmiech na dnie policzków, wpycham go tak daleko, że się nim dławię, bo on jest zawsze za bardzo i za blisko. Delikatnie, powoli i z wielką dozą płaczu komuś udało się dotrzeć do mojego serca, jednak język nie nadąża za tym nowym uczuciem, jakim jest przyspieszone bicie tego zniszczonego organu, który zagnieździł się w mojej klatce piersiowej. Już dawno nie działał tak, jak powinien. Za mocno się zapieram albo za bardzo ciągnę. Nic nie wychodzi bez szwanku po kontakcie ze mną, gdyż nie potrafię znaleźć „złotego środka”. Jednakowoż taka jest człowiecza natura. Jako ludzie niszczymy wszystko, czego się dotkniemy, łącznie ze sobą nawzajem. A moje palce skaziły już zbyt wiele osób cieniem swej obecności. Nie powinienem nikogo zatrzymywać. Tym bardziej nie jego, by widział tę brzydką stronę mnie. Mam tylko ją. Nie potrafię wydobyć z siebie piękna, o którym mnie zapewnia. Ciągle go ranię. Raz za razem, nawet gdy jest dobrze, robię coś nie tak, robię jeszcze gorszą rzecz, bo życie oduczyło mnie delikatności. Zgubiłem się w ciągłej gonitwie za przetrwaniem, nie zwracając uwagi na wagę słów. Żadne i tak nie mogło nic zmienić. Teraz może jest inaczej, ale wciąż każde wyznanie przychodzi z trudem, niosąc za sobą ciężar, który za długo dźwigałem na sercu. Mimo to mówię, by zaprzeczyć przerażającej ciszy, ale litery nie układają się w satysfakcjonującą całość. Przedstawiam się światu inaczej, niż chciałbym, żeby on mnie widział. Żałuję, że nie potrafię być lepszy, bardziej zrozumiały i pogodniejszy, ale świat mnie stłumił, pozbawiając zdolności do poprawnego wyrażenia siebie, więc gram dalej. Tylko przy nim się staram. Czy tak wygląda uśmiech? Bolą mnie od tego policzki, ale dla niego chcę się zmienić. Problem polega na tym, że świat mi na to nie pozwala, zrzucając na mnie kolejne problemy, stawiając nowe wyzwania i nie dopuszczając mnie do uchwycenia choćby pojedynczego promienia szczęścia. Samą swoją osobą za łatwo niszczę jego radość.
Zawsze czuję, że nie polubiłbym się ze sobą, gdybym siebie spotkał.

piątek, 6 lipca 2018

W nadziei trwam, że zjawi się ktoś, że ze mną tę pieśń zaśpiewa twój głos

Anne Carstairs
"a threat"
14 lat x życie x dom główny
klasa II x nieśmiertelna x Bylet
ulubienica dyrektora x widząca

Gdy Rainer Waters oficjalnie zakończył swój związek, jego życie legło w gruzach. Bez żadnych perspektyw, wykształcenia, ni rodziny, która urwała z nim kontakt, gdy nie spełnił ich oczekiwań, skierował się ku Obozowi Chowańców, gdzie spodziewał się zastać swojego dawnego znajomego, choć kontakt z nim posiadał naprawdę niewielki. To Nehaus Pheles uratował go, załatwił kalekiemu Rainerowi chwilową pracę w najbliższej wiosce, gdzie zajął on stanowisko barmana bez większych protestów. Wiedział, że na więcej nie może liczyć, tylko taki żywot pozostawał wciąż w jego zasięgu.
Gdy utrzymanie dzieci stało się dla Phelesa nazbyt trudne, postanowił wykorzystać dług, jaki posiadał u niego Rainer. Zesłał doń swoją wychowankę, zrzucił mu na głowę dopiero co adoptowane dziecko, w dodatku z niesamowicie ciężkim do opanowania żywiołem.
Anne tylko raz zapytała wuja o swoich prawdziwych rodziców, odpowiedź zapadła jej w pamięć na zawsze. Nie żywiła urazy ni do biologicznej matki, ni do przybranego ojczyma, rozumiała ich wybór, gdyż sama ledwo radziła sobie ze swoim żywiołem, który na dodatek dawał jej niemal niewyczerpalne zapasy energii, mogła biegać po wiosce oraz pobliskich łąkach cały dzień. Dzięki niej miejscowość tętniła życiem, każdego przybysza traktowano gościnnie, nie narzekano na zmęczenie czy choroby, życzliwość była na porządku dziennym. Uleczyła Rainera, który związał się z właścicielką najlepiej prosperującej karczmy w całej okolicy, choć gdzieś w głębi nadal łudził się, iż jego uprzednia miłość powróci.
Rozwojem wioski zainteresował się król państwa, w jakim miejscowość się znajdowała, posłał tam jednego z najlepszych magów, by zaznajomił się z zaistniałą sytuacją. Człowiek ten, odkrywszy, iż to tutaj przebywa wybranka Chiyo, o czym poinformowały go bóstwa, polecił władcy wydać polecenie o natychmiastowym przeniesieniu dziewczyny do Obozu Chowańców. Tak też uczyniono, choć uprzednio przebywała ona kilka tygodni wśród znakomitych magów, którzy umożliwili jej ograniczenie wpływu mocy do zaledwie metra.
Nie należy do żadnej grupy treningowej, powszechnie znanym powodem jest to, iż przedstawiła się jako córka Cartera Phelesa, co od razu wyklucza ją z obowiązkowych zajęć, jakoby ich nie potrzebowała. Prawda jest jednak taka, że żywioł życia okazuje się zbyt niebezpieczny, gdy w grę wchodzi często panika lub instynkty. W rzeczywistości sama nie wie, ile posiada lat, może modyfikować swój wygląd jak tylko chce, lecz zatrzymała się w wieku nastoletnim, by nie budzić sprzecznych uczuć u innych obozowiczów. Widzi przechadzające się po tym świecie dusze, które nie odnalazły drogi do królestwa zmarłych, co jest wynikiem przekazania jej mocy Chiyo przez Kirę, który dotąd ją posiadał. W zamian za to pozwolił sobie na zdobycie cielesnej powłoki, za co Anne przeklina samą siebie, a cząstkę mocy władcy śmierci traktuje jak klątwę. Panicznie boi się Yasuo, doskonale wiedząc, kim tak naprawdę jest, prawie nigdy nie przybywa na zajęcia z etyki, mimo bycia wybitną uczennicą.
Ze względu na posiadaną moc bywa niesamowicie energiczna, rzadko kiedy zachowuje powagę, nie chcąc tracić ani chwili ze swojego życia, skoro już wie, jak wartościowe ono jest. Wiecznie uśmiechnięta i pogodna, co nijak nie pomaga jej w zdobyciu przyjaciół, w stołówce siedzi sama lub z bratem, w podobny sposób spędza dnie. Z łatwością zmienia nastroje, przechodząc z rozpromienienia do nagłego dołka, z którego równie szybko wychodzi. Choć wyróżnia się z tłumu wyglądem oraz aurą, to nikt nie jest zainteresowany byciem jej przyjacielem, jakoby wiedzieli, iż może być to niebezpieczne. Czasami żartuje, że to wszystko przez niski wzrost, słabszą stronę pokazując jedynie przy ojcach, dyrektorze placówki bądź bracie. Katsuko upodobał ją sobie z nieznanych jej powodów, lecz Anne nie protestuje, będąc szczęśliwa, że choć jedna osoba niebędąca rodziną postanowiła zostać jej przyjacielem.
Chowańcem okazał się najzwyklejszy, biały królik, nazwany przez dziewczyną Byletem, poprzez wybranie losowego imienia z księgi, jaką pozostawiła na biurku żona Rainera. Posiada z nim znakomity kontakt, choć trwoży ją lekko fakt, iż z pewnością posiada on cząstkę Kiry. W tym duecie jedynie Byleta można określić względnie rozsądnym, co nie przeszkadza nijak w byciu równie krnąbrnym.

I think Zachariah just stole our cat

James Carstairs
[Ke Jian Ming]; 157 lat [1861]; Nocny Łowca; Cichy Brat [Zachariasz]; parabatai — [Will Herondale]
 Jem is... he has always been good to you. He is nothing but goodness. That he hit you last night, that only shows how capable you are of driving even saints to madness.
“Will’s voice dropped. “Everyone makes mistakes, Jem.”
“Yes,” said Jem. “You just make more of them than most people.”
“I —”
“You hurt everyone,” said Jem. “Everyone whose life you touch.”
“Not you,” Will whispered. “I hurt everyone but you. I never meant to hurt you.”
Jem put his hands up, pressing his palms against his eyes. “Will —”
“You can’t never forgive me,” Will said in disbelief, hearing the panic tinging his own voice. “I’d be —”
“Alone?” Jem lowered his hand, but he was smiling now, crookedly. “And whose fault is that?”
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Maecenas aliquet velit ipsum, et fermentum nisi tempor id. Phasellus lorem nisl, ullamcorper id ante quis, viverra commodo sapien. Curabitur tincidunt suscipit leo, sed euismod orci mattis convallis. Donec sodales, enim et consectetur auctor, sem tortor pellentesque ex, eu consectetur metus arcu eu lacus. Maecenas tincidunt lectus vel nunc efficitur maximus. Praesent in pulvinar turpis. Fusce nec hendrerit leo.
Maecenas mattis lorem sed suscipit congue. Curabitur porta, est a congue varius, mauris nisi convallis ligula, quis rutrum est lorem non justo. Ut eleifend odio erat, sit amet porttitor diam iaculis vel. Phasellus condimentum gravida ante ut mollis. Nullam ullamcorper, turpis a placerat sollicitudin, enim augue porttitor erat, a pulvinar ipsum ipsum quis ante. Maecenas vehicula ex scelerisque arcu ullamcorper facilisis. In scelerisque nulla eu eros rhoncus, quis iaculis velit efficitur. Donec facilisis ultricies nisi, id pharetra lectus molestie at. Morbi nulla turpis, eleifend id accumsan quis, euismod non elit. Fusce sed dui turpis. Nunc eu vulputate orci. Cras sed molestie augue. Cras vulputate augue non justo dignissim finibus. Morbi et neque quam. Orci varius natoque penatibus et magnis dis parturient montes, nascetur ridiculus mus. Etiam a augue vestibulum, aliquam ex non, sollicitudin elit.
Etiam finibus urna nisl, nec maximus lacus gravida ut. Morbi rutrum placerat massa ut varius. Sed ac porttitor leo. Sed consequat finibus quam vel egestas. Maecenas non volutpat nunc. Cras tincidunt aliquet diam in sodales. Aliquam erat volutpat. Morbi vestibulum, nisi sed dignissim rutrum, tellus odio efficitur orci, efficitur ultrices ante risus quis ex. Nam laoreet ipsum eget suscipit viverra. Maecenas tempus dictum viverra. Vestibulum ante ipsum primis in faucibus orci luctus et ultrices posuere cubilia Curae; Etiam vitae faucibus mi. Mauris id porttitor felis. Donec pulvinar consectetur odio, eget pellentesque lectus condimentum pharetra. Sed bibendum ipsum et libero ultricies, et consectetur lacus venenatis.
Curabitur non velit vel diam mattis finibus. Mauris et sagittis magna, sit amet posuere elit. Praesent volutpat erat felis, nec placerat dui finibus vel. Donec at purus sed ligula egestas luctus. Nullam libero nibh, varius non turpis eu, tristique imperdiet sapien. Pellentesque vel turpis a lorem consectetur tincidunt nec quis odio. Maecenas eget blandit quam, id lacinia mi. Nunc nisl nulla, pulvinar vel nisl id, commodo mollis lectus. Mauris iaculis iaculis mauris, sed fringilla ligula blandit tincidunt. Fusce a elit lectus.
Pellentesque purus est, egestas ut interdum eu, varius non nisl. Integer elementum pellentesque eros, ac luctus sem fringilla interdum. Integer egestas metus quis accumsan sodales. Cras nec eleifend erat. Donec non risus eget massa vulputate efficitur in non turpis. Vestibulum varius lacus eu nisl finibus vulputate. Aliquam erat volutpat. Donec at eros at nulla tincidunt ornare. Pellentesque euismod, ex nec congue posuere, ante neque mollis tellus, eu ultrices orci est ut massa. Mauris dictum tincidunt quam. In eleifend elementum faucibus. Nunc rutrum bibendum purus, sed sollicitudin arcu malesuada vel. In in orci eu orci hendrerit rhoncus.
“Has anyone seen Church?” said a voice in her ear. It was Isabelle […] “I think Zachariah just stole our cat. I swear I saw him putting Church into the backseat of a car.”
“There’s no way,” said Jace […] “Church hates everyone.”
“Not everyone,” Clary murmured with a smile.

czwartek, 5 lipca 2018

toniencie























Roan Watson






creep

wtorek, 3 lipca 2018

he ate my heart

Klasa IV (rozszerzenia — historia, fizyka, hiszpański) – 18 lat – 13 sierpnia – prawie dwa metry – perkusista i drugi wokal Crazy Wolves – palacz – arachnofobia – niechciana niespodzianka Nora – emerytowany hokeista - odnowiony  motor  po ojcu – pieprzony  głos rozsądku Scotta McCalla – Willy, Willy, Willy – lody miętowe z kawałkami czekolady – kurwa.

      

Czasami czuję się, jakbym tonął.
Jestem zmywany przez nieokiełznane fale, które odbijają się na mojej osobowości, szczerbiąc jej brzegi i uwypuklając niedoskonałości. Dochodzi do pełnej gwałtowności burzy. Agresja wylewa się, kropla po kropli, aż dotyka innych z siłą porównywalną do tysiąca huraganów. Sztorm zbiera swe żniwo, nie pozostawiając miejsca na sentymenty. Jestem tylko ja i dzikość przytłaczającej mnie natury. Unoszę się z głową ponad wodą, ale koniec jest bliższy, niż chciałbym przyznać. Wszystko na mnie ciąży, nasiąkając wodą i sprawiając, że coraz trudniej jest się utrzymać, nawet jeśli daję z siebie wszystko. Raz za razem łapię gwałtownie powietrze, jakby miał być to mój ostatni oddech w eterze bezmiaru. Wiem, że ktoś mnie uratuję, bo nie jestem sam, ale ta świadomość nie pomaga. Panika wzrasta razem z wątpliwościami. Są przy mnie. Widzę ich dłonie. Twarze powoli się wyostrzają, gdy po nich sięgam, jednak prędzej czy później ponownie się zanurzam. Za każdym razem coraz głębiej, gwałtowniej. Wystarczy jedno słowo, bym stracił grunt pod nogami. Stoję niepewnie i oddycham płytko. Każdy głębszy oddech staje się moją zgubą, bo w pewnym momencie i tak nabieram wody do płuc. Dławię się nią, nienawidząc siebie, za bycie tak bezsilnym wobec samego siebie w otoczeniu świata, który powziął sobie mnie za cel jakiegoś chorego żartu.
Czasami nie wystarczam jako syn.
Widzę te wszystkie siniaki w lustrze. Sączą się w gromadzie pod moją skórą i przebijają ją swoim charakterystycznym ubarwieniem. Nigdy na twarzy. Nie przez niego. Dotykam obolałych żeber i zastanawiam się, co mogę zrobić, by było lepiej. Zapisuję kolejne zdjęcie, ale wciąż mam nadzieję, że nigdy nie będę go musiał użyć. Złudne nadzieje są najgorsze. Niszczą marzenia, gnieżdżą się w nas i doprowadzają do zniszczenia już potłuczonego serca, które bije, nie wiedząc nawet po co. Nienawidzę go. Chciałbym go zabić, ale myślę o wszystkich. Myślę o tym, czego zostałem nauczony i za każdym razem, gdy zaciskam pięści w jego pobliżu, mam wrażenie, że nie taki powinienem być. To po nim odziedziczyłem tę łatwą do rozpalenia frustrację i kumulujący się gniew, który prędzej czy później przeradzał się w agresję. Nagłą i nie do opanowania. Kiedy po raz kolejny życzę mu śmierci, siadam do perkusji i gram tak długo, aż krwawią mi dłonie. Nie czuję się lepiej. Może trochę, odrobinę. Na tyle, że jestem w stanie przeżyć kolejną noc, odpływając na otwarte wody snu, wieziony przez zbyt głośne do takiej sytuacji dźwięki muzyki. Rano jest lepiej. Zdarza mi się myśleć, że wydarzenia poprzedniego dnia były jedynie nieporozumieniem, ale ojciec ponownie gasi we mnie płomyk dziecięcego optymizmu. Po raz kolejny mówię nieodpowiednie słowa, wykazuję się niepoprawną postawą i cały dzień mija pod przygnębiającą cholerną chmurą, która rzuca na mnie odpychający cień. A może zakrył mnie już dawno temu i nie chce zostawić? Jej również nie wystarczyłem. Zawiodłem, dlatego że nie potrafiłem zrobić więcej.
Czasami przygniata mnie poczucie winy.
Osiemnastego lutego dwa tysiące piętnastego roku skończyło się dla mnie życie. Ona nie powinna umrzeć. Jeszcze nie. Była za młoda, za dobra, zbyt idealna na ten przeklęty świat. A ja powinienem zrobić więcej. Jestem tylko pieprzonym Roanem Watsonem, nie potrafię być kimś lepszym.

      

Czasami nie radzę sobie z własnymi emocjami.
Świat wychodzi mi naprzeciw, podważając mój byt, więc jestem jeszcze bardziej bezczelny, za chłodny w odbiorze ze swoimi nieprzemyślanymi słowami i zbyt szorstki w dotyku wysłużonych dłoni. Przemywam je wodą, bo nie widzę sensu w dłuższym zajmowaniu się powierzchownymi ranami. Nie one mnie wyniszczają, a tak byłoby lepiej. Naklejam plastry, choć nie trzymają się za długo, gdy ponownie siadam do perkusji. Przepełnia mnie gniew, ciągły i nieustępliwy, pełen żałosnego poczucia winy, które miesza się z wszechobecnym bólem. Cierpienie wzmaga na sile w pewnych okresach. Jest niczym zapalniczka i wystarczy jakiekolwiek źródło ognia, by powstał płomień buchający nienawiścią, jednak jego pole rażenia jest niewspółmierne do siły pierwotnego wykrzesania. Miotam się, walcząc z życiem, ale ono nie chce mnie puścić. Prawdopodobnie to ja trzymam się go kurczowo, nie będąc gotowym na takie zakończenie. Więcej krwi rozpryskuje się po instrumencie, a ja ją ścieram, choć na tym etapie wiem, że nie ma to sensu. Jeśli nie w bezpiecznej przestrzeni czterech ścian, będę się wykrwawiał podczas zderzenia z brutalną rzeczywistością. Temu podpadłem, tamten powiedział coś nie tak i mnie zdenerwował. Jeszcze inny naraził się Scottowi. Kolejny też. Trzymam własne emocje w ryzach, jeśli przyjaciel mnie potrzebuje, ale czasem sytuacja wymyka się spod kontroli. Pękam. Lepka ciecz w kolorze królewskiego burgundu spływa mi strużką po twarzy, ale jest czymś tak abstrakcyjnym, że nie orientuję się, dopóki nie smakuję jej w ustach z charakterystycznym metalowym wydźwiękiem. Kolejny plaster. Nad okiem, w połowie brwi. Jakoś się trzyma w przeciwieństwie do mnie. Czuję za dużo, a za mało mogę z siebie dać poza tym naglącym poczuciem działania. Pragnę rozwalić wszystko w drobny mak. Każdą rzecz, nawet ściany, ludzi także.
Czasami chciałbym pomóc chociaż jemu.
Wiem, że nie oczekuje ode mnie niemożliwego. Obydwoje zapewniają mnie o swojej przyjaźni i oddaniu. Nie mógłbym prosić o lepszych przyjaciół. Nawet nie mają pojęcia, że ani trochę na nich nie zasługuję. Miotam się między opanowaniem swoich uczuć, by skupić się na poskromieniu temperamentu Scotta, a przekazaniem jemu oraz jego siostrze jakiejkolwiek dawki mojego oddania. Wiedzą, ile dla mnie znaczą, jak bardzo mi pomogli, ale mam wrażenie, że czuję się niedocenieni, bo nie potrafię od tak powiedzieć „dziękuję” ani „proszę”. Gdzieś zgubiłem te słowa. Te i wiele innych od dawna przestało funkcjonować w moim słowniku. Wyrażam się poprzez gesty, które mimo wszystko zdają się niewystarczające. Co z tego, że wrzucę do puszki na napiwki kilka banknotów po każdej wizycie w barze, gdzie pracuje McCall, skoro nie są one de facto moje. Nie mam nawet do nich prawa. Nic nie należy w pełni do mnie, jednak wykorzystuję pieniądze ojca, by choć częściowo zadośćuczynić, ale nie wiem, za czyje grzechy. Czuję się żałośnie z całą niemocą. Zawsze mam kontrolę nad sytuacją, dlatego że inaczej nie byłbym w stanie zapanować nad samym sobą. Coś we mnie pęka za każdym razem, gdy widzę go, jak zmaga się ze szkołą, pracą i wychowywaniem siostry. Kolejna szrama odznacza się na moim sercu i z każdym dniem staje się coraz twardszą skorupą, która chroni mnie przed ponownym zranieniem.
Czasami nie potrafię powiedzieć tego, co naprawdę myślę.
Zastanawia mnie, czy kiedykolwiek dotarło do niego, jak wiele dla mnie znaczy; jak chwytam się każdego słowa, byle niczego nie pominąć. Znowu coś psuję. Zawsze tak jest. Chowam uśmiech na dnie policzków, wpycham go tak daleko, że się nim dławię, bo on jest zawsze za bardzo i za blisko. Delikatnie, powoli i z wielką dozą płaczu komuś udało się dotrzeć do mojego serca, jednak język nie nadąża za tym nowym uczuciem, jakim jest przyspieszone bicie tego zniszczonego organu, który zagnieździł się w mojej klatce piersiowej. Już dawno nie działał tak, jak powinien. Za mocno się zapieram albo za bardzo ciągnę. Nic nie wychodzi bez szwanku po kontakcie ze mną, gdyż nie potrafię znaleźć „złotego środka”. Jednakowoż taka jest człowiecza natura. Jako ludzie niszczymy wszystko, czego się dotkniemy, łącznie ze sobą nawzajem. A moje palce skaziły już zbyt wiele osób cieniem swej obecności. Nie powinienem nikogo zatrzymywać. Tym bardziej nie jego, by widział tę brzydką stronę mnie. Mam tylko ją. Nie potrafię wydobyć z siebie piękna, o którym mnie zapewnia. Ciągle go ranię. Raz za razem, nawet gdy jest dobrze, robię coś nie tak, robię jeszcze gorszą rzecz, bo życie oduczyło mnie delikatności. Zgubiłem się w ciągłej gonitwie za przetrwaniem, nie zwracając uwagi na wagę słów. Żadne i tak nie mogło nic zmienić. Teraz może jest inaczej, ale wciąż każde wyznanie przychodzi z trudem, niosąc za sobą ciężar, który za długo dźwigałem na sercu. Mimo to mówię, by zaprzeczyć przerażającej ciszy, ale litery nie układają się w satysfakcjonującą całość. Przedstawiam się światu inaczej, niż chciałbym, żeby on mnie widział. Żałuję, że nie potrafię być lepszy, bardziej zrozumiały i pogodniejszy, ale świat mnie stłumił, pozbawiając zdolności do poprawnego wyrażenia siebie, więc gram dalej. Tylko przy nim się staram. Czy tak wygląda uśmiech? Bolą mnie od tego policzki, ale dla niego chcę się zmienić. Problem polega na tym, że świat mi na to nie pozwala, zrzucając na mnie kolejne problemy, stawiając nowe wyzwania i nie dopuszczając mnie do uchwycenia choćby pojedynczego promienia szczęścia. Samą swoją osobą za łatwo niszczę jego radość.
Zawsze czuję, że nie polubiłbym się ze sobą, gdybym siebie spotkał.