
Has no one told you she's not breathing?
Hello, I'm the lie living for you so you can hide
Hello? Tony Evans
Przechodząc szkolnymi korytarzami zastanawiasz się, dlaczego uczniowie zamierają na Twój widok i bez żadnej przyczyny nagle urywają rozmowy, by ponownie wszczynać żywą dyskusję, kiedy tylko się oddalisz. Zastanawiasz się, czemu Twoi współpracownicy narzekają na tutejszą młodzież, bo jacy oni niegrzeczni i niewdzięczni, a przecież to takie spokojnie owieczki na Twoich lekcjach. Przecież tylko czasami się denerwujesz i w tym zdenerwowaniu tylko czasami ciskasz w tych bezczelnych licealistów kredą. Tylko czasami odpytujesz i w sekundy zapełniasz dziennik negatywnymi ocenami wiadomości z przyszłego działu. Nie chcesz tego robić. Po prostu tak wychodzi. A następnie znowu zastanawiasz się, jak wielu okropnych rzeczy życzą Ci Twoi wychowankowie żałując, że wybrali Twój przedmiot. Przecież tym razem miałeś być taki miły.
Wracasz późno do tej zatęchłej dziury w burej dzielnicy Chicago, w końcu grafik zapełniony masz godzinami oraz korkami. Ciskasz w kąt tymi wszystkimi sprawdzianami oraz papierami. Zresztą, uczniom to na rękę. Masz w końcu chwilę dla siebie. Zamiast światła zapalasz świeczkę, w końcu oszczędzasz na prądzie. Bzdura. Od miesięcy zapominasz kupić żarówkę do tej okropnie brzydkiej lampy. Siadasz na parapecie z kubkiem mleka z kawą. I znowu zaczynasz się zastanawiać. Dlaczego nikt nie wita Cię, kiedy zjawiasz się w domu? Nie jesteś na tyle odpowiedzialny, by przygarnąć sobie choćby kota. Pies potrzebuje więcej fatygi. Spacery i w ogóle. A Tobie nie chce się nawet wstawać do pracy. Właśnie, do tej pracy. Nawet nie wiesz, jakim przykrym cudem Cię tam przyjęto. Przecież nawet tego nie chciałeś. Nawet nie wiesz, kiedy przestałeś gonić za własnymi marzeniami, kiedy odrzuciłeś to wszystko, o czym pragnąłeś, w kąt. Ukryłeś na dnie najgorszego kartonu, który przeistoczył się w puszkę pandory. Nikt nie ma prawa do niego zaglądać. Nie grozi Ci to, bo przecież z nikim nie mieszkasz. To dobrze. Albo i nie. Zastanawiasz się nad tym. Zastanawiasz się, dlaczego żyjesz sam, dlaczego nie masz nikogo bliskiego przy sobie. Rozmyślasz nawet o drugiej połówce, przecież każdy w końcu ją odnajduje. Ale Ty przecież nie bawisz się w miłość. Zaciskasz drżące dłonie na kubku. Nie masz już ochoty na zimną kawę doprawioną Twoimi łzami. Wolisz wymienić ją na wódkę, wrzucając nierozważnie nieszczęsny kubek do zlewu. Kolejny, który potłukłeś. W końcu Ci ich zabraknie, ale jeszcze się tym nie przejmujesz. Alkoholem zapijasz tabletki, których tak potrzebujesz. Jedna, dwie, to za mało, łykasz całą garść, pragnąc szybkiego snu. Błogiego snu. Doskonała ucieczka.
Budzisz się gdzieś w nocy, świeczka już prawie całkowicie się stopiła. W odruchu sięgasz po te pigułki, znowu i znowu, są Ci bardziej potrzebne od tlenu, uciszają głosy i uspokajają myśli. Pocieszasz się, że do świtu nie jest daleko, jakoś to wytrwasz, dasz radę. Musisz.
dokladnie tony stark
OdpowiedzUsuńon sie rozjezdza bardziej niz moja przyszlosc
OdpowiedzUsuń