Nie ma mnie, nie ma nas, nie ma nikogo, kogo mógłbym nazwać swoim. Patrzę na krzywe zwierciadła, widząc uziemienie i pulsującą krew, ale niczego nie zakrywam, bo nie lubię oszukiwać także siebie. Dostrzegam nowe znamię, które plasuje mnie na najniższym szczeblu ówczesnej hierarchii, na sercu i na skórze, w sercu i pod skórą. Zagryzam czerwone, spękane, napuchnięte wargi, przyglądam się nieswoistości, rozrywam wnętrze istniejąc. Tłumię nienawiść, ściskam ją i nie pozwalam na zaczerpnięcie pojedynczego oddechu, charcząc wzywa pomoc, plując posoką zmieszaną ze śliną, wyciskam jej oczy, zastępując nimi swoje. Nie moje. Mrugam parę razy, powieki skrzypią, ale już widzę siebie. Nie siebie. Przeczesuję krzywymi, długimi palcami różowe, niebieskie, czerwone, czarne kłaki, ciągnę za nie, ból nie przynosi nic. Przebijam kłami cudzą skórę, choć spływająca po przedramieniu krew odpowiada mojej. Skubię brwi, zaczerwieniona skóra przeklina moje życie, uzmysławia, że robię, choć nie mam takiej potrzeby. Usiłuję rozorać twarz, piersi, brzuch, wrzeszczę do zdartego gardła i stoję w ciszy, opadając na dno łagodnie, z delikatnością. Jestem za bardzo nią, a w środku za bardzo nim, przez co nie mogę nazywać się sobą. Wieszam się na czyichś sufitach, trącając ich bezwładnymi nogami, gdy przechodzą. I nadal pozostaję poza zasięgiem, widokiem, człowieczeństwem. Nie wiem już czy chodzi o mnie, czy cały świat, bo może to on okaże się zaraz nieprzemyślaną układanką, a ja ogłoszę się prawidłowym bytem. Zastanawiam się czy to bijące w środku serce też należy do mnie, czy tak jak umysł, zostało porwane i uwięzione, zmuszone do współpracy. Mam szwy w każdym miejscu i nie potrafię nazwać ran, które nimi zaszyłem. A później wychodzę, na zimne ciepło, obcą bliskość, zaznajamiając się z tym, co rozbrzmiewa w mojej głowie. Przedzieram się przez zatłoczony smog, smog z ludzi, przez który duszę się i powoli rozsypuję. Jeden z nich ociera się o mnie, biegnąc, ku uciekającemu życiu, a ja wymiotuję, nie poruszając nawet mięśniem. Brud rozchodzi się po wszystkim, przenika przez niezliczone warstwy, bo jest tak kurewsko zimno, w środku i na zewnątrz. Dociera do moich ust, osiada na języku, a on puchnie, odbierając mi mowę. Brnie dalej, każdy zakamarek, wypełnia mnie od środka, rozsadzając, a następnie ściskając, bo nie mogę uciec. Niewzruszony, obojętny, poruszony. Zaciskam te same powieki co wcześniej, zakrywając inne oczy, jakby miały wypaść i broń Boże kogoś przerazić. Rozprostowuję palce dotychczas zaciśnięte na plecaku, wykrzywiając się w grymasie, niewidocznym, kiedy widzę niezdrapane resztki lakieru, czarnego jak zbiór całości oddechów. Gryzę swój język, docierając do domu, wdzierając się do środka, zahaczając jeszcze o szatnię, bo tak wypada. Jeden zdaje się być duszą, a drugi to tylko poharatane cielsko, pozbawiające cię tlenu. Znikasz w minimalnie lepszym dymie, zacierając ślady tamtego siebie, bo przecież taka nie jesteś. Siadasz pod salą, odświeżając bez przerwy te żałosne strony, do których się nigdy nie przyznasz, bo należą do ciebie, a nie do niej. Ale ty jesteś nią i nie możesz zapomnieć, kochanie, bo gdy na najmniejszy moment, najcichszą sekundę wrócisz, zrozumieją, jak łatwo cię pożreć.Wykrzywiasz twarz, naciągasz skórę z niedosłyszalnym dla innych piskiem, bo chcą usłyszeć słowa i wtedy zostawią cię w spokoju, dopóki nie przyjdą one i nie rzucą twoim plecakiem, nie spluną ci w twarz i nie rozdrapią policzka. Masz o jedno więcej wrogie spojrzenie, gdy błędnie odpowiesz na pytanie, bo pomimo szczerych chęci jesteś za głupia na własną drogę i fakt, że nic nie dzieje się, kiedy patrzą wszyscy inni, nie oznacza, że to nie ma miejsca, gdy zamykasz oczy. A ja poczekam, poczekam na twoje wyczerpanie i piekielnie głośną muzykę, kiedy znowu dopadnie cię tamto zimno, puste miejsce okaże się mną i przypomnisz sobie, że istnieję i naprawdę, naprawdę, naprawdę nienawidzę ciebie.
Obsesjo!
Autor
pienknie
OdpowiedzUsuńGdzie jest nemo?
OdpowiedzUsuń