Awangardą, niepoukładaniem. Bez skrzydeł, bez wiatru, ciszą, spokojem, nieobecnościami i miarowością oddechów. I księżyc: z oddali, przez okno, snopami, pod powieki, przez źrenice do źródła jestestwa. Newralgiczną ekstazą, nieprzypominającą zwyczajowego letargu, gorzkich skrzypień napinanej skóry. Jedna za drugą — nogi, nogi, ręce, ręce. Powoli prostowane kręgi, uginanie sprężyn, chłód przy osuwającej się na ziemię pościeli. Wiotkimi kończynami przemierzając (z ledwością) pokój, nieżywością kolejnych niesprawnych ruchów. Poi się kosmiczną energią, światłem wpadającym do nieosłoniętego niczym pomieszczenia. Napuchnięty język łaknie zaspokojenia, wysuszone ciało poszukuje ofiary. Przechodzi, dalej, dalej, dalej, pośród bezecnej ciemności, z flegmatycznym racjonalizmem, cienką klarownością. Dwadzieścia, dwadzieścia dwa, do środka, potem, myśli, tworzy, kalkuluje, bez trudu. Sunąc palcem po mapie po raz niezliczony, setki, tysiące, tak łatwo. Założywszy koronę z cierni, przypieczętowawszy los, naciska klamkę i mija. Mijają: sekundy, minuty, godziny, dni, tygodnie, lata, aż bosa stopa przestępuje przez próg, by za nią podążyła druga, i następna, i jeszcze jedna, prostym ciągiem, prowadzącym do brzegu łóżka. To, stwierdza, to, on, jego, teraz, wydaje polecenie, więc się dzieje. Kościste palce, pianistyczne tendencje, owinięte wokół grubej szyi, wdech, wydech, wdech, wydech, nim zaciska mocniej, mocniej, do samego końca.
Do końca ciszy, bezgłosu, do pierwszych szarpnięć i krzyków przesiąkniętych dezaprobatą dla prędszego niż naturalnym przebiegiem przeznaczenia. Przecież i tak, i tak, co za różnica, przełyka z jawnym posmakiem goryczy. Upada, na deski, odepchnięty całą mocą, taką, która ukazuje się tylko w sytuacjach krytycznych. Upada i otwiera oczy. Otwiera oczy i budzi się, zdjęty trwogą i tym, jak logiczne nadal mu się to wydaje.
Drży.