piątek, 7 grudnia 2018

my talents are: doing witchcraft and having breakdowns



Leo Samson
rok ii, 25/7/98, [188cm//72kg], urodzony w auckland, kawalerka na poddaszu nad magicznym sklepem, sprzedawca po zajęciach, makijaż i charakteryzacja, adoptowany syn przesądnej ateistki i przedsiębiorczego agnostyka, przybrany brat potencjalnej mistrzyni tenisa, były chłopak zaborczego fetyszysty, [jägerbomb, sun, dark magic and salem saberhagen], emerytowana (...?) wiedźma, wholesome gryffindor



sobota, 1 grudnia 2018

« Beyond Bones »


Naberius

człowiek (?), jasnowidz, lunatyk, nihilista, samotnik, niewpasowany, dziwak, dyslektyk, [173cm//62kg], insomnia, flesh and bones, [shire, belzebub]
Awangardą, niepoukładaniem. Bez skrzydeł, bez wiatru, ciszą, spokojem, nieobecnościami i miarowością oddechów. I księżyc: z oddali, przez okno, snopami, pod powieki, przez źrenice do źródła jestestwa. Newralgiczną ekstazą, nieprzypominającą zwyczajowego letargu, gorzkich skrzypień napinanej skóry. Jedna za drugą — nogi, nogi, ręce, ręce. Powoli prostowane kręgi, uginanie sprężyn, chłód przy osuwającej się na ziemię pościeli. Wiotkimi kończynami przemierzając (z ledwością) pokój, nieżywością kolejnych niesprawnych ruchów. Poi się kosmiczną energią, światłem wpadającym do nieosłoniętego niczym pomieszczenia. Napuchnięty język łaknie zaspokojenia, wysuszone ciało poszukuje ofiary. Przechodzi, dalej, dalej, dalej, pośród bezecnej ciemności, z flegmatycznym racjonalizmem, cienką klarownością. Dwadzieścia, dwadzieścia dwa, do środka, potem, myśli, tworzy, kalkuluje, bez trudu. Sunąc palcem po mapie po raz niezliczony, setki, tysiące, tak łatwo. Założywszy koronę z cierni, przypieczętowawszy los, naciska klamkę i mija. Mijają: sekundy, minuty, godziny, dni, tygodnie, lata, aż bosa stopa przestępuje przez próg, by za nią podążyła druga, i następna, i jeszcze jedna, prostym ciągiem, prowadzącym do brzegu łóżka. To, stwierdza, to, on, jego, teraz, wydaje polecenie, więc się dzieje. Kościste palce, pianistyczne tendencje, owinięte wokół grubej szyi, wdech, wydech, wdech, wydech, nim zaciska mocniej, mocniej, do samego końca.
Do końca ciszy, bezgłosu, do pierwszych szarpnięć i krzyków przesiąkniętych dezaprobatą dla prędszego niż naturalnym przebiegiem przeznaczenia. Przecież i tak, i tak, co za różnica, przełyka z jawnym posmakiem goryczy. Upada, na deski, odepchnięty całą mocą, taką, która ukazuje się tylko w sytuacjach krytycznych. Upada i otwiera oczy. Otwiera oczy i budzi się, zdjęty trwogą i tym, jak logiczne nadal mu się to wydaje.
Drży.
Sponiewierany genetycznymi kolejami boryka się ze społecznym i rodzicielskim odrzuceniem, stanowiąc niewyjaśnioną zagadkę Jorvikowej wyspy. Pojawiwszy się znikąd i niepostawiony przed żadnym sądem z tego powodu egzystuje wbrew naturalnym zasadom. Bez kwestionowania, bez podejrzeń, z pełną akceptacją tego, co im podrzucono, przemierza czasowość istnienia pozbawionymi witalności zmuszeniami, zapoznawszy się już ze stanowczą dezaprobatą dla jakichkolwiek jego poczynań. Widzi świat w sposób czarno-biały, równie prostą posiada moralność, zmusiwszy tym podejściem do namalowania baranią krwią krzyża na sypialnianych drzwiach. Gubi się w przebłyskach, nie rozpoznając prawdziwości aktualnie odgrywanych realiów z tymi już minionymi bądź rozgrywającymi się równolegle. Pała do jednej osoby jednoczesną nienawiścią i adoracją, tylko czasem rozpoznając, które z tych uczuć powinno przeważać w teraźniejszości. Odnosi nieustające wrażenie, że nakładanie się na siebie emocji, złożoność psycho-responsywna, to coś mu podległego, coś, czym go nie obarczono w ramach kreatorskiej łaskawości. Podrzutek, wiecznie rozradowany satyryk. Jeździec bez głowy.