Marcellus Raegan
cross my heart, now I hope to die
|
I
|
II
|
III
|
IV
|
|---|
| Marcellus "Marcus" Raegan |
z
y
my daddy put a gun to my head
said, "if you kiss a boy, i'm gonna shoot you dead" |
|
|---|---|
|
Hannibal Ryder
18 lat [senior], klasa XI, szkoła publiczna [informatyka, fizyka, niemiecki], akademik [58, dwuosobowy], koło teatralne [dekoracje], wybite zęby [l: siekacz boczny, kieł], krzywy łokieć, problemy z agresją, wieczne pomrukiwanie, zwolnienie z wuefu [siłownia 5h/tyg], nikłe zarobki [wyprowadzanie psów + alimenty]
|
|
![]() |
Bywa, że wątpisz w istnienie wypalającego skórę słońca i naprawdę, naprawdę nie ma w tym nic złego. Nie ma nic złego w tym, ile razy w ciągu dnia oglądasz się za siebie, ile razy zamiera twoje serce, ile razy widzisz w tłumie kogoś, kogo tam wcale nie ma. Nic w tym złego, serio, przysięgam, a doskonale wiesz, że nigdy tego nie robię. Nie ma nic złego w tym, że oddajesz się irracjonalności minionych sponiewierań w obliczu aktualnych dogodności. Bo najważniejsze, że nie utykasz, że budzisz się nieposiniaczony i tylko czasami śpisz z palcami zaciśniętymi na ukrytym pod poduszką scyzoryku. Nie rozdrapujesz skóry do krwi, nie rozgryzasz warg, twoje brwi poruszają się coraz rzadziej, a noga chodzić zaczyna tylko parokrotnie w ciągu doby. I może trudno ci zamknąć oczy, i może nadal jesteś nierozpakowany, bo szykujesz się na kolejną ucieczkę, kolejną eksplozję, bo w tym całym cyklicznym trybie życia pierwszy raz zaoferowano ci coś więcej niż puste obietnice. Może miewasz wątpliwości, żale, może bywa, że boisz się spojrzeć na stan konta, bo zaraz dopada cię poczucie winy, może wzdrygasz się, ilekroć przyłapujesz oczy na spoczywaniu na silnych dłoniach, mocno zarysowanych szczękach, pokrytych włoskami przedramionach. Może tak jest, ale doskonale wiesz, że zaczynasz osiadać, unosić się na powierzchni, wbrew nielogiczności takich następstw. Bezwiednie wędrujesz językiem ku zagojonym już dziąsłom, kiedy się nad czymś zastanawiasz, mimowolnie relaksujesz mięśnie, zasiadając w ławce, niekontrolowanie drga ci kącik ust, gdy składasz białą koszulę, zmechacony sweter z tym chujowym logo. Coraz rzadziej sumujesz miesięczne koszty, coraz częściej odpuszczasz temu zjebowi z łóżka obok, jakby zwyczajowo wpuszczasz do obiegu krwi nieznaczne machanie głową do pobrzmiewającego w głowie rytmu stopniowo głośniejszej muzyki. Przynosisz własne farby do pracowni, marnujesz noce na bezcelowe malowanie niepotrzebnych, bo niezamówionych ozdób dla koła, skoro i tak los zmusza cię do prania rzeczy o nieludzkich godzinach. Odpuszczasz. Odpuszczasz powoli, miarowo, ze spokojem, godnością, godząc się na konieczną, przyszłościową nieodpowiedzialność. Dni przelewają ci się przez palce, ulotnością ściskając gardło, ale nic sobie z tego nie robisz. Nic sobie z tego nie robisz i, posłuchaj mnie, to dobrze. To naprawdę w porządku, stuprocentowo okej. Będziesz mi nie wierzyć, jak podejrzliwy debil, którym się urodziłeś, bo tak już jest. Chcę jednak, żebyś przestał, zatrzymał się i stwierdził, że, kurwa, zasługujesz na coś więcej niż dotychczas, na to, co należało ci się od początku. Na to, co odebrano ci niesłusznie. Nigdy nie jest za późno, Han. Wszystko jest w porządku i w porządku będzie. Zobaczysz, o ile tylko pozwolisz sobie na trochę wrażliwości. Obiecuję. Obiecuję.
|
![]() |
![]() |
lokalna drag queen, córka brigitte bidet, nieznana tożsamość, dwa złote zęby, coś z niczego, hiperbolizacja, konceptualizm na scenie, sterylne social media, mostly gaga
|
|---|---|
Let's have some fun this beat is sick
I wanna take a ride on your disco stick Don't think too much just bust that kick I wanna take a ride on your disco stick ![]() |
![]() |
![]() |
Przesadzona liczebność wypalających oczy reflektorów nie towarzyszy niebezpiecznie bliskiemu szkole barowi, nad czym, paradoksalnie, ubolewa. Każda zmiana najprostszych zwyczajów niesie za sobą potencjalne niebezpieczeństwo w postaci zupełnie innej niż tej, której wszyscy się spodziewają.
Gorset uciska bardziej niż zazwyczaj. Traci dech.
Poprawia szeleszczące bransolety, paranoidalnie. Robiła to setki razy wcześniej, a nadal przewiduje. Prędki upadek, skręconą kostkę, nieprzymocowany wig, niewystarczająco utrwalony makijaż, suchość oczu, złożenie soczewki na oku, pomylenie kroków, słów, nagłe zaćmienie, upuszczenie kolczyka, kolczyków, zahaczenie kabaretek, przesadne obściskiwanie się z czyjąś dłonią podczas wyrywania datków.
Brew drga. Raz, drugi, trzeci, osiemnasty, aż nie następuje. Czas.
Czasami odzyskuje komfort, odzyskuje wyjebaną pewność w posiadaną anonimowość i ogólne kompetencje, nawet jeśli są w tak oczywisty sposób bezpodstawne. Brak czerpanych umiejętności nie utrudnia generalnego wkładu w całokształt, przynajmniej póki nie rozbrzmiewa pierwsza nuta, a znane na pamięć, kompatybilne ze sobą uderzenia nie ogarniają przeważnie zesztywniałej powłoki, zamkniętej na swobodę, nieramowość destynacji, ułomną płynność naturalnych uniesień, szkicowo wcześniej rozrysowanych, gdy nie starczało czasu na dostosowanie planów, planów do chwilowej egzaltacji, nieprzystosowania do tymczasowego, szczerego umiłowania wszechobecności, załamania spięć na rzecz pożądanych, pijanych, pijackich, upitych, rozpitych, niechcianych w innych rejonach prostot. Spomiędzy uczciwie nadanych kształtów wysnuwa się to, to wszystko, to, czego dotychczas nie dało się wyrwać, całą siłą, rozbijając trwałości na kawałki, bo złożeniu towarzyszyły krwawe rytuały, sponiewierania arkadyjskich codzienności, pomimo powszechnie szanowanej tendencji przeciwnych idei, tak idealistycznych, idealnych, idealizowanych, ideowych, nierealnych i nietypowych, choć normalizowanych. Ku zadowoleniu przeważnie więzionych predyspozycji ujawnia się, odsłania, naiwnością, po należytą wypłatę, spocone, brudne banknoty, wciskane do stanika bądź rozrzucane niby od niechcenia, niby lekceważąco. Banknoty, pot, brud, dolary, nieswoje głosy, nieswoje byty, nieswoje oczy, zawieszone na rozpoznanej posturze, skrytej w cieniu lokalu, niepasującej do ogółu. Widywanej, nieczęsto, nieczęsto w takich warunkach, w ramach takiej groźby, nad ranem, bez ochronnych warstw, bez udawanej nietykalności, skoro w korytarzach przesiąkniętych koniecznością, nierealnymi perspektywami, ambicjami. Nie powinno go tu być.
Koniec piosenki zwiastuje wyczekiwane zbawienie, kiedy ulatnia się za prowizoryczne zasłony z sercem bijącym stanowczo za szybko. Koniec piosenki zwiastuje kolejne bezsenności, kolejne paranoje, gdy tylko wspomni twarz, twarz postury, skrytej w cieniu lokalu, niepasującą do ogółu. Widywaną, nieczęsto, nieczęsto w takich warunkach, w ramach takiej groźby, nad ranem, bez ochronnych warstw, bez udawanej nietykalności, skoro w korytarzach szkolnych, przesiąkniętymi koniecznościami, nierealnymi perspektywami i ambicjami. Nie powinno go tu być.
Nie powinno go tu być. Ale był.
|
![]() |
Fotograf w Playboyu. 28 lat.
Cierpi na dysocjacyjne zaburzenie tożsamości w postaci tulpy. Jego samoświadomy wymyślony przyjaciel nazywa się Ian.