I want a lover that hates themselves
27 lat
mizofonia kontuzja kolana anemia syderopeniczna
zaburzona koordynacja ruchowa silne ocd
Tępota pulsującego bólu ukazuje prawdziwość bezsenności. Tkwisz w jednoczesnej awersji do własnego odbicia i uwielbieniu, które kierujesz w stronę pustego żołądka. Wiecznie popękanymi wargami obejmujesz co najwyżej kolejnego papierosa. Dłonie, pokryte ranami z wielu przyczyn, siłują się tylko z zacinającym się zamkiem, nigdy cudzą skórą. Ciszą oczu lustrujesz jedynie kolejne egzemplarze nieużywanego sprzętu. Nie masz rodziny, poza tamtą jedną, niewiele znaczącą. Nie masz przyjaciół. Nie masz psa, kota, komara w którymkolwiek z pomieszczeń. Żadna mucha nie zasiada na twojej klawiaturze, nie musisz niczego ani nikogo odganiać. Nie witasz się z sąsiadami, nie uśmiechasz do sprzedawczyni i lubujesz w ciemnych barwach, które kryją każdą z wad. Nieświadomie pojąłeś zasady ubioru, mogącego uratować ciebie przed niepochlebnymi spojrzeniami. Nie masz miłości w wychudzonych ramionach, niegdyś służących do czegoś więcej niż wymyślania sposobów na przemycenie kolejnych dawek. Jesteś okrutnie logiczną mozaiką - wszystko ma swój powód. I włosy dłuższe niż to preferujesz, i okulary przeciwsłoneczne zimą, i fakt, że na twoim biurku zawsze panuje artystyczny nieporządek. Możesz siłować się z mdłościami, gdy jakaś kobieta otrze się o ciebie przechodząc obok, możesz w najgorszy upał kupować gumy do żucia w rękawiczkach, nosić długie rękawy, zabierać ze sobą płyny antybakteryjne, ilekroć musisz gdzieś wyjść, ale leżąc wieczorem w łożku, szykując się na nadchodzącą dawkę koszmarów, które w rzeczywistości odtwarzają niezmienną przeszłość, wiesz, że najbardziej brudny jesteś ty. Ty, ze swoim brakiem odpowiedniego wykształcenia, bez ambicji i chęci na to, by je w ogóle posiadać, z szufladą pełną leków, umysłem wymyślającym coraz to sprawniejsze skrytki, zamknięty w roli intruza, bez możliwości rozgoszczenia się w więzieniu pozbawionym możliwości ucieczki. Czasami masz przykrą chęć skrycia się w czyichś ramionach, razem z każdą pojedynczą niedoskonałością, pragniesz ust na czole, na którym nie zakrywasz już blizny, łakniesz tych dłoni ocierających łzy, jednakże chwilę później twój byt na powrót zostaje przyciśnięty do ziemi, przywrócony na płaszczyznę materializmu, byś przypomniał sobie, jak obrzydliwa jest twoja egzystencja i jak niewiele może to zmienić.
Kiedy się to zaczęło? Rok temu? Dwa? Kiedy pierwszy raz poczuł ciężar cudzej pięści? A może wtedy, gdy zamordowano ciebie, leżącego na łazienkowej posadzce, razem ze wszystkimi pozytywami ekspresji?
Mieliście między sobą trzy wiosny i przepaść pełną spalonego optymizmu oraz prostoty. Miewał gorsze dni, gorsze tygodnie, miesiące, a ty, ty jak zwykle borykałeś się z gorszym sobą. Kupowałeś zapasy wracając z normalnej roboty, mało opłacalnej. Wchodziłeś do brudnego mieszkania, pustego, dopóki on nie wrócił w środku nocy, gdy spałeś lub tylko udawałeś. Zaciskałeś pięści przy akompaniamencie prysznica z pomieszczenia obok. Kurczowo trzymałeś się pamiętnego popołudnia, tego następnego również, całych miesięcy, które spędziliście na ckliwych wyznaniach i przeciwstawianiu się realiom świata. Najpierw na tym zaciskałeś palce, by po miesiącach wrzasków i wyrzutów przenieść je na szyję. Czułeś tętniące pod tobą życie i pierwszy raz byłeś pewny, że jutro nie prześpi się z kimś innym.
Wyleczyła poobgryzane paznokcie, cienie pod oczami, przebijające skórę żebra. Tolerowała niekontrolowane wybuchy agresji, narzucany przez ciebie dystans, bo tylko tak potrafiłeś ją przed sobą ochronić. Widziałeś w sobie manipulanta, zgarniałeś cudzą dobroć bez wahania, odbierałeś resztki sił, dla własnego egoizmu. Zrywałeś z nią podczas burzliwego wieczora, by następnego zakraść się do jej mieszkania i udawać, że nic takiego nie miało miejsca. Nigdy nie doszliście dalej niż do lekkich pocałunków. Może bałeś się, że to utrudni oczywisty koniec. W oczekiwaniu na wybuch próbowałeś zminimalizować przyszłe szkody, bez większego skutku.
W twojej sypialni cuchnie zapachowymi świeczkami, gdy pamięć ulatuje z głowy twojego martwego ciała. Nie wierzysz w bicie serca i konieczność zażywania tabletek, przynajmniej nie regularnie. W końcu i tak nie zamierzasz dożyć jutra. Nigdy nie zamierzałeś.
Dlaczego to takie trudne?
So I can pity and feel like I can help
Alexander Wolff
and i bite
and bite
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz