

Popierdoliło cię, dzieciaku?
Ej, Benny, tak jakbyś musiał to określić, to kiedy zakochałeś się w Roanie Watsonie? Tym samym, z którym wylądowałeś w łóżku na pierwszym spotkaniu? Który był odpowiedzialny, w pewnym sensie, za zniszczenie twojego telefonu, ale który to wynagrodził, poprzez przyciśnięcie cię do ściany w akademiku i publiczne obmacywanie, bo oboje wiemy, że nie mogło to tak po prostu umknąć podstępnym spojrzeniom? I chyba nadal trzymasz tę komórkę, którą wtedy dostałeś, gdy rozpłakałeś się w tym samym miejscu, gdzie cię zostawił, określając swoje priorytety, aż wylądowałeś na ich końcu? I wiesz, to chyba ten sam człowiek, dla którego musisz żyć z kompromitującymi bliznami na przedramieniu, ten sam, który krzyczał na ciebie, zadawał ci ból, ciągle, ciągle i ciągle, kazał ci przestać, bo wszyscy wiedzieliśmy, że jesteś tylko ciałem, Benny. Tylko to można było w tobie kochać, tylko to ciało, gwarantujące upojne noce, ciszę i brak zobowiązań.
Więc co się w tobie zmieniło?
Co, Ben?
Kiedy przestałeś być sobą, by ofiarować Watsonowi Williama? Kiedy zacząłeś go kochać, bezgranicznie, kiedy musiałeś wgryzać się w swoją skórę, tłumiąc szlochy, a to wszystko za niego? Dla niego? Doskonale pamiętam każde, najmniejsze poświęcenie, a całość w imię jakiegoś głupiego uczucia, że niby związanie się z tobą ma jakiś większy sens, jakieś znaczenie i jakiś cel. Głodowałeś, nie mogąc dalej puszczać się za pieniądze, chorowałeś, bo zmuszał cię do ucieczki w zimne, deszczowe noce, chciał ciebie, ale nie pozwalał tobie chcieć jego. Nie, żebyś się do tego jakkolwiek stosował, ale powiedz mi tylko, Benny, czy to było tego warte? Naprawdę chciałeś zatonąć w tym bursztynie, w tej krwi cieknącej ze spękanych warg, w tej lawendzie i papierosach? Czy te wszystkie pocałunki, jego usta na czole, na szyi, na przedramieniu, gdy przyciskał je wtedy do jasnych znaków, jego usta wpijające się w twoje, już nie z drapieżnością, ale z emocją niebezpiecznie graniczącą z miłością, czy to było warte zatracenia się w okrutnej prawdzie własnego bytu? Robisz to dla niego, zaczynasz komunikować się z ludźmi, którzy nie są tobą zainteresowani, by sprzyjać jego zachciankom, a potem i tak obrywasz za to, bo przestajesz być jego, tylko jego i rozważasz stanie się czyimś. I przepraszasz, przepraszasz, przepraszasz bez końca, za nieswoje winy, byle jeszcze raz schować się w tych zbawiennych ramionach, aby dalej całować wnętrza niedelikatnych dłoni, a potem chcesz więcej, jeszcze więcej, choć i tak wiesz, że dostałeś za dużo.
I czekasz na niego, czekasz od samego początku, bo tak głęboko wierzysz, że może on też, kiedyś, gdzieś, jakoś zdoła cię pokochać. Myślisz o nim, gdy idziesz do tych głupich kotów, które dokarmiasz, myślisz o nim, gdy podążasz na lekcje, gdy dostrzegasz go gdzieś w oddali, by nagle zacząć się nim dławić, bo porywa cię, całego, bez wyjątku, dla zmarnowania przerwy na kojące nerwy pocałunki w szkolnej łazience. I załamujesz się, z trudem ukrywasz to, a wszystko dlatego, że podszedł do ciebie, publicznie i oznajmił, jak bardzo nagłe plany utrudniły mu spotkanie z tobą, więc nie będziesz mógł liczyć niedoskonałości, które sprawiają, że jest jeszcze bardziej doskonały, nie będziesz mógł szeptać mu do ucha czułych drobnostek, bo kto wie, co akurat pozbawiło ciebie szczęścia? Jesteś za tą ścianą ze szkła, przez którą nawet nie chcesz się przedostać, strach przed utratą aktualnej obłudy odbiera ci możność wykonania jakiegokolwiek śmielszego ruchu i możesz mu o tym mówić, w końcu już niczego przed sobą nie ukrywacie, ale w momencie, kiedy coś idzie nie tak, ukrywasz się za jego masywną posturą, pozwalasz mu na obsesyjne zamartwianie się przyszłością, dla własnego zadowolenia. Nie brzydzisz się siebie, Ben? Naprawdę jesteś w stanie żyć ze sobą, tak zniszczonym, tak egoistycznym i podłym?
Naprawdę w to wszystko wierzysz?