Noel Harris
rok ii, 1/4/98, 187cm/68kg/9NZ/0-, urodzony w auckland, creative arts and industries, sculpture, marmur, hobbystycznie glina, infp-t, jednoosobowy pokój w akademiku, obrzydliwy romantyk, oświeceniowy ateista, syn narcyza i histeryczki, domestic abuse survivor, mieszkaniec najbliższego lodowiska, samouk, pasjonat ciężkich butów i hokejówek wbrew jeździe figurowej, sieciowy pirat, miłośnik Billa Kaulitza, aspirujący ślizgon, definitely not a furry, r/teenagers pośmiertnie, internetowa sensacja, własne tagi na pornhubie, nan nan nan
![]() |
Joyeux Noël! — wyczytał z pomiętej kartki, przesiąkniętej Marlboro Goldami, Borą Borą i soczystym atramentem. Chłód przesyłki elektryzował go od opuszków palców po same uszy, z myślą o konspiracyjnym tonie samego gestu, na wyobrażenie skrobania stalówki o niedrogi papier czy szelestu wyciąganego ze skórzanego portfela banknotu. Rozdrabniana znaczeniowość stanowiła sycący posiłek dla duszy, serca, ciała, dla upojnych i dziecięcych nadziei. Nie jawiła mu się negatywnie i tak samo naiwnie nie uwzględniała zwięzłości przekazu, obfitującej w zaledwie drobiny sympatii, jakby zadowalały go przeciągłe spojrzenia na korytarzach, subtelne przeciąganie głosek podczas wyczytywania obecności. Jakby nie łaknął więcej, szybciej, mocniej, naglej, niespodziewaniej, w akompaniamencie grzmotów i nieapatycznych symfonii. Jakby nie domagał się niewerbalnie każdego poranka skonkretyzowania następnych działań, planów, decyzji i ruchów, ruchów mniej rytmicznych niż te, które wzbudzały wybudzonym skrzypieniem zawroty głowy u hotelowych sąsiadów. Jakby nie chciał czegoś innego niż obskurnych ścian, wątpliwej czystości nakryć, cotygodniowych wizyt w gabinecie i zdartego materiału spodni. Jakby przeszkadzało mu prędkie bicie serca, ilekroć zewnętrzne głosy nabierały na głośności, a cudze usta nie odrywały się od newralgicznej faktury szyi. Jakby chciał czegoś więcej niż niedorobionego afektu.
Profesor chyba naprawdę cię polubił, chyba, Chyba nie możemy się jutro spotkać, chyba, …chyba że… Nie, to nie ma przyszłości, chyba, chyba się zakochałeś, co?, chyba, chyba nie myślisz o tym na poważnie?, chyba, chyba nie mówisz serio?, chyba, chyba, chyba sobie żartujesz, Noel, ja…
– Noel.
Ostro, stanowczo, bez pola do manewru. Toteż powoli, pozbawionym drżenia obrotem, poza realiami, w których krzesło zacinało się gdzieś po drodze i nigdy nie miał okazji pochwycić spragnionego pośród umierającej uczuciowości spojrzenia. Kto ci to zrobił, Scott?
Uśmiech w nerwowości, najlepszy sposób na przejście przez most.
– Profesorze.
Raz, drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy, tygodniami, ciągłością, jednolitym torem, Noel, Noel, Noel, Noel, Noel, Noel, Noel, Noel, Noel, No-
Zbłąkana dłoń sparaliżowała go od pasa w górę. Dusił się kiwi i powszechnym tytoniem.
– Noel, to nie glany, to dzieci.
Koło kręciło się razem z całym światem. Nieprzetwarzalność słów dławiła go opuchniętym językiem. Kiedy ostatnio cokolwiek pił? Rano? Przed wejściem do pracowni? I kiedy on zdążył tu wejść?
Scott, kiedy tu wszedłeś?
Wyższe od niego ciało wtopiło się weń, splótłszy palce o zgrubiałych opuszkach z tymi pobrudzonymi gliną. Forsowność fachu wyszła na jaw nie po raz pierwszy, ale dopiero wtedy zdał sobie sprawę z kruchości aktualnego stanu rzeczy.
Zapadła noc, wieczorna noc, prawdopodobieństwem spoczywając na dotąd nieobciążonych niczym barkach. Oczywiście, że ktoś musiał sprawdzić, czemu pali się jeszcze światło. A znając koleje losu, oczywiście, że musiało paść akurat na niego.
Powinien ulec skupieniu, korzystać z możliwości poprawienia nikłych umiejętności, lecz topił się w obliczu ciepłoty drugiego ciała, trząsł na wrażenie spokojnego oddechu. Poruszał wraz z unoszącą się i opadającą piersią mężczyzny, mężczyzny, odcinającego drogę ucieczki jednokierunkowości biologicznych reakcji.
– Blokujesz się – ciągnął niewzruszenie, spokojnie formując przemyślane kształty cudzymi palcami. – Bez predyspozycji w pewnym momencie musisz napotkać ścianę, Noel. Nie przyszło ci na myśl, że zabierasz komuś miejsce?
Nie, z przekąsem. Nie, bo dla mnie nigdy wcześniej i tak nie było miejsca. Zawistnie, nastoletnio. Buńczucznie.
– Musisz wyczuwać sens, bo inaczej sobie po prostu nie poradzisz. Nie da się inaczej.
Wychowany na klarowności dotyku przeczył tym naukom, nadając spięciu nowe znaczenie. Płakał w duchu, nad banalnością prawdziwej interpretacji teraźniejszości, nad swoją beznadziejnością i nad tym, czyją zabawą się stał, czyją — świata, fatum, przeznaczenia. Oni obaj, ale on trochę bardziej, bo bez podstaw, bez fundamentów do wciśnięcia hamulca poza naturalnością wzajemnego dobra, która nigdy nie była przekonująca. Prezentowali się drwiną, najokrutniejszym żartem, przeciwnością deklarowanych wartości. Bolało.
Drgnął pod zwiększeniem nacisku, coraz większemu, większemu, i większemu, i większemu, i większemu, większemu, większemu, większemu, i…
Koło zatrzymało się wraz z jego sercem.
Trąceniem nosa nie pozyskał wybudzenia, choć tak często właśnie to przerywało conocny trans. Płakał w duchu i duszy, rozpływając się pod głębią chrapliwego basu tuż, tuż obok ucha.
– Jesteś odurzający, Noel.
Gdy drzwi pracowni zamknęły się z trzaskiem, Noel upadł.
Gdy dźwięczność darcia papieru dotarła do jego zmysłów, Noel zapłakał.
Uwielbiał spojrzenie zapewniające go o wzajemnej przynależności. Koiło nerwy, kiedy wokół szalała burza.
Zagryzał wargę, nieskutecznie powstrzymując narastający uśmiech, tak jak topi się zęby w skórze, by stłumić nieustające szlochy. W geście nader znanym, a wciąż bezsprzecznie zawodzącym.
– I co się uśmiechasz, młody? – parsknął Scott, tonem niby-groźnym, niby-dorosłym i niby-karcącym. Znanym Noelowi tak dobrze, tak doskonale, z tak doskonale rozpoznawanymi zmarszczkami w kącikach oczu, gdy we wzajemności pogodnego grymasu. – Martwię się o ciebie, a ty się szczerzysz, cholero. Niewiarygodne.
Z wydłubanych oczu zionęła nicość, polegał zatem na ciepłocie głosu, znajomych drżeniach i zawodzących miękkościach osoby nieprzywykłej do takiej swobody wyrażania. Uczuć. Myśli. Rozpoznawał siebie, swoje gesty i nawyki, swoje niedoskonałości i lęki, ale każde pytanie wynagradzane było wzruszeniem ramion lub taktyczną zmianą tematu. Kto cię zarysował, Scott? Scott, Scott, Scott, słuchasz mnie?
Jak marionetka, jak lalka, nieporuszony, z nogami zwisającymi z zaśmieconej ławy, podczas gdy nabrzmiałą dyskomfortem rękę unosiły czyjeś działania. Pozwalał mu, bo sam nie umiał podjąć żadnej decyzji. Nigdy go nie nauczono. Chcę cię pocałować, Scott, myślał, siadając po przeciwległej stronie łóżka. Chcę, żebyś mnie przytulił, Scott, szeptał, przewracając się na drugi bok. Chcę widzieć twoje zmartwienie, Scott, pojmował, przestając kaleczyć swoje usta.
Szorstki dotyk eksplorował podrażnioną skórę. Zapomniał rękawiczek i pogodził się z konsekwencjami tej pomyłki. Prosty rachunek przekonał go o słuszności wejścia na lód pomimo tego znaczącego braku, napawając tylko lekkim żalem przy pierwszym piekącym wrażeniu. Zmarnował czas, usiłując zachować niepotrzebną równowagę w celu uniknięcia dalszego bólu, czyniąc wszystko gorszym, krótszym i w rzeczywistości niekorzystnym. Bo i tak się przewracał, i tak zdzierał skórę, i tak atencjował się potem w pracowni, licząc na dokładnie taki efekt.
Manipulancie.
Spoważniał na pierwsze przyciśnięcie ust do paliczków. Płomienność kasztanowych tęczówek przyciągała go bliżej, bliżej, bliżej i bliżej, równoważąc się z typową sobie powściągliwością. Spod gęstych rzęs wyglądała ku niemu powaga, jawność prawdomówności, której tak lubił nocami przeczyć. Delikatny, bojaźliwy. Kojarzył mu się z prostolinijnością i pewnym zaciskiem, tymczasem okazywał się tak samo niedojrzały w prawie każdej kwestii.
Rzeczywista troska, słowa, litery zsuwające się po aksamicie, nieopornej powierzchni pełnej wargi.
– Uważaj na siebie, Noel.
I wreszcie, finałem, metą, resztki odwagi, wiedzione zachętą. Wolne palce na karku, subtelnym naciskiem zbliżając ich ku sobie. Nareszcie, tymże finałem, tą metą, tymi resztkami, zamknięte powieki, apatia nawyku. Usta do ust, język do języka, zęby o zęby, oddech w oddechu. Jednostajność obu bić. Szumy.
SO•
•DOWN
|
![]() |


Przepraszam, ale w przeciwieństwie do innych osób, muszę to napisać. Ta karta jest bardzo dobra, a postać jeszcze lepsza, lubię czytać coś w Twoim stylu. Myślę, że powstała postać rzeczywista, nieprzerysowana, nie za idealna, ale też nie skazana na ciągłe porażki, no coś mu wyszło. Wciągnęłam się w czytanie, to fantastyczne uczucie. Oby tak dalej. Raz jeszcze - przepraszam.
OdpowiedzUsuńdobranoc
Usuń