Klasa I | Biologia – Chemia | 18.12 | 101 Łyżwiarstwo | Akrobatyka | Koło Teatralne | KBMoPPPR
Zmarzniętymi dłońmi z trudem wciskam klucz w drobny zamek drzwi, przekręcam go pośpiesznie i wchodzę do środka, nie chcąc dłużej stać w tej niemalże absolutnej, lodowatej ciemności. Wita mnie ostry odór alkoholu oraz papierosów i brzęczący od kilku godzin bez celu telewizor. Mijam jego śpiącą w fotelu sylwetkę, wyłączając urządzenie. Przy okazji potykam się o puste butelki na podłodze, wiedząc, że będę musiał je posprzątać, ale odkładam to na jutro. Chciałbym mieć jeszcze trochę dzisiaj dla siebie, o ile cokolwiek z niego mi zostało. Ukrywam się w ciemnym pokoju, mając fałszywe poczucie, że to miejsce w jakimś sensie jest dla mnie bezpieczne i przyjemne, ale wcale tak nie jest. Chowam się w łóżku, wiedząc, że i tak nie będę spał, wiedząc, że i tak nie odpocznę w żaden sposób, ale to jedyne, co potrafię zrobić. Płaczę. Płaczę i spoglądam na pokryte sznytami ręce, dorabiam kolejne, choć nawet nie ma już na nie miejsca. To i tak za mało, zawsze było za mało, nigdy nie będzie wystarczająco. I tylko błagam samego siebie, by znaleźć w sobie siłę i wreszcie to wszystko skończyć.
Pośpiesznie wciskam klucz w drobny zamek drzwi sto dziewiątki i równie prędko przeskakuję próg pokoju, nie chcąc, by ktokolwiek widział mnie na korytarzu z łyżwami przerzuconymi przez ramię. Stopy wciąż nieco mi krwawią, ale niezbyt się tym przejmuję. Nigdy się tym nie przejmowałem. Może to jakiś kiepski rodzaj masochizmu, ale mógłbym znosić zdecydowanie więcej tego bólu, gdyby tylko udało mi się wylądować tego pieprzonego lutza z odpowiednią ilością obrotów. Zostawiam łyżwy pod ścianą, zasłaniam okno i udaję, że wcale mnie tu nie ma. Tak naprawdę cieszę się, że tu jestem, ale nikt nie musi o tym wiedzieć. Kładę się na łóżku, pozwalając Lysandrowi ułożyć się na mojej piersi, drapię go delikatnie za uchem na powitanie. Wiem, że jest jedynym, który w ogóle za mną tęskni i mnie potrzebuje. W zasadzie, nie potrzebujemy nikogo więcej. Czasem jeszcze trochę płaczę, tylko trochę, ale to wciąż jedyne, co potrafię dobrze zrobić. Wciąż boję się żyć tak samo mocno, przez co równie dobrze mógłbym nie żyć wcale. Spoglądam na pokryte sznytami ręce, przymykam oczy i naprawdę cieszę się, że tu jestem, choć mogłoby mnie nie być.
Leniwie podnoszę powieki, czując na piegowatych policzkach łagodne promienie słońca. Czuję przy sobie ciepło jego ciała, spoglądam z czułością na jego wciąż śpiącą twarz. Nie chcę go obudzić, jednak nie mogę się powstrzymać, dlatego ostrożnie podnoszę dłoń, delikatnie dotykając jego policzka opuszkami palców. Moje usta wykrzywia lekki, szczery uśmiech. Przymykam oczy na powrót, aby ukryć głowę w jego piersi, wsłuchać się w bicie jego serca i przespać jeszcze kilka minut. Nie zdołałem uchwycić tej chwili, kiedy pojawił się w moim życiu. Towarzyszy mi wrażenie, jakby był w nim od zawsze, ale przecież nigdy nie sypiałem w nocy, nigdy nie uśmiechałem się, nigdy nie byłem szczęśliwy tak, jak jestem teraz. Przegapiłem moment, w którym za jego sprawą przestałem bać się żyć i zacząłem robić to tak, jak zawsze tego pragnąłem. Tak długo, jak będzie przy mnie, nie będę potrzebował niczego więcej. Nie chcę niczego więcej.
adam...............>
OdpowiedzUsuń